Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się lub zarejestruj
Stopklatka.pl - Internetowy Serwis Filmowy - Film Kino DVD Wideo Program tv Repertuar kin Konkursy - Dobra Strona Filmu
    
Strona główna » Aktualności » 

Felietony

Masz uwagę lub sugestię dotyczącą serwisu? Napisz »
  

Bartosz Sztybor
13 listopada 2009, felieton z cyklu Wynurzenia i wynaturzenia

"Naznaczony" zostawia piętno




Ogromna presja, nerwy, pot spływający po ciele, a ręce drżą i przestać nie mogą. Pierwszy felieton, debiut w sensie, to ogromne wyzwanie, bo ludzie patrzą na ręce (te drżące), po cichu się podśmiewają i błędów wypatrują, sokole oko ćwicząc. I żeby ich zadowolić, żeby pokazać, że się potrafi, to trzeba - jak to mówią - z grubej rury przywalić. Temat jakiś wybrać, ale nie błahy, tylko taki, przy którym wszystkim - pozwolę sobie nawiązać do poprzedniego zdania - zmięknie rura. No i żeby zacząć z tej jednej grubej rury, by ta druga zmiękła, to trzeba się skupić, pomyśleć, oddać się medytacjom i spojrzeć w okno, a nuż coś wskoczy. Coś wleci. Coś wśliźnie się do tej głowy i zacznie pączkować, a po chwili rach-ciach i tekst będzie napisany.

Pojawił się więc pomysł, by napisać o tym jak powołanie Franciszka Smudy na trenera piłkarskiej reprezentacji Polski wpłynie na kino tadżyckie. Przez chwilę kiełkowała też idea, by przedstawić swoje zdanie na temat aresztowania Romana Polańskiego. W końcu jednak żadna z tych opcji nie przeszła wewnętrznej selekcji, za to na horyzoncie pojawiła się zupełnie inna, która niżej podpisanego, czyli mnie - dla jasności z chrztu Bartosz, a po ojcu Sztybor - wzięła od strony zwanej emocjonalną. Tak się bowiem złożyło, że od ponad dwóch miesięcy, co środę, o godzinie 21:30 włączam telewizor, przełączam na TVN i oglądam polską superprodukcję serialową zwaną "Naznaczonym". I choć tematowi temu nie towarzyszą światła aż takich jupiterów, jak Polańskiemu czy Smuda, to czuję się zobowiązany wobec moich emocji, by coś jednak o tym napisać.

Pod koniec wakacji TVN wparował do mediów ze swoją rozbuchaną kampanią reklamową, w której poza programami rozrywkowymi i serialem o kobiecie z aparatem nazębnym, pierwsze skrzypce grał właśnie "Naznaczony". Z kilku krótkich zwiastunów i pisanych zapowiedzi wynikało, że mnie, Ciebie i całą resztę czeka telewizyjna rewolucja. Polski serial w amerykańskim stylu, fabuła pełna nadnaturalnych elementów, efektowna strona formalna, wielkie nazwiska w obsadzie i na dokładkę Jan Paweł Chopin - którego osobiście uznaję za bardzo dobrego aktora - w roli głównej. Zacierałem więc ręce, odliczałem dni, parę razy się nawet wyraźnie podnieciłem, bo w końcu czekałem i miałem nadzieję na wiele. Jak się jednak okazało, dostałem... nauczkę, by ani nie czekać, ani nie mieć nadziei, bo po prostu nie warto.

Faktem jest, że oglądam kolejne odcinki i to tak namiętnie, że jestem już przy dziesiątym, a przecież do końca zostały tylko trzy. Jednak jeszcze do trzeciego epizodu napędzała mnie z jednej strony ciekawość (jak wybrną scenarzyści?!), a z drugiej nawrót nadziei (może się rozgrzewają i będzie lepiej?), ale już od czwartego rządził i nadal rządzi mną czysty sadomasochizm. Masochizm, bo oglądanie "Naznaczonego" sprawia mi straszliwy ból, mocno uaktywnia poczucie żenady i powoduje, że ubolewam nad niedoskonałościami realizacyjnymi. Natomiast sadyzm, bo z drugiej strony doświadczam wręcz nieopisanej przyjemności, gdy widzę całą serię niezamierzenie - a przynajmniej tak mniemam, bo właśnie to mi dostarcza uciechy - śmiesznych scen.

Przede wszystkim "Naznaczony" sprawia wrażenie pełnometrażowego filmu, który poćwiartowano na odcinki, a każdy z nich dokarmiono epizodami na siłę połączonymi z głównym wątkiem fabularnym. Punktem wspólnym jest tajemniczy Nieznajomy, który co tydzień męczy biednego Adamczyka i jedną zupełnie nową postać, która z kolei w kolejnych odcinkach (z drobnymi wyjątkami) już się nie pojawia. W innych podobnie zbudowanych serialach wątki poboczne mają wpływ na wątek główny, postaci się przewijają przez dłuższy czas i w jakiś sposób przybliżają bohatera do rozwiązania zagadki. Tutaj jest natomiast tak, że Adamczyk sobie, a poboczne postaci (powtarzam, z drobnymi-drobniusieńkimi wyjątkami) sobie, przez co i konstrukcja całego serialu siada.

Główny wątek schodzi bowiem na dalszy plan, a twórcy postanawiają się bawić - pozwolę sobie dodać, że nieudolnie - w coś w rodzaju "Opowieści z krypty" i przedstawiają niesamowite przypadki kolejnych niezbyt interesujących, i zajmujących siedemdziesiąt procent antenowego czasu, i w końcu mało istotnych dla całokształtu fabuły postaci. Ten niesprawiedliwy podział potęgowany jest przez dość chaotyczny i nieprzemyślany montaż. Zdarza się, że widz musi pożegnać ważną postać na blisko pół godziny, a później wrócić do niej na sam finał, kiedy to już (to przecież logiczne i oczywiste, i normalne) jego emocje całkowicie opadają, bo - za przeproszeniem - w dupie ma postać, której nie współczuł, i o którą nie martwił się przez bite dwadzieścia albo i więcej minut. Już nie wspominając o tym, że scen nie przerywa się po to, by napięcie spadło, a by rosło i aż dosięgło zenitu.

Ale nie sam montaż jest przekleństwem "Naznaczonego", bo i reżyseria straszliwie tu kuleje. W horrorze, tudzież thrillerze, tudzież serialu nadnaturalnym najważniejszy jest przecież klimat i napięcie, a tych żaden z realizatorów nie potrafi stworzyć, a jak już im się jakimś cudem uda (wiwat! brawa! meksykańska fala!), to nie potrafią tej atmosfery choćby przez 10 sekund utrzymać. A to muzyka zagra w nieodpowiednim momencie, a to ujęcie będzie zbyt długie, a to któryś z aktorów zrobi nadmiernie przerażoną minę i wtedy wszystkie te potencjalne strachy idą w diabły. Mimo, że twórcy inspirują się zagranicznymi wzorcami, to nie potrafią ich przenieść na nasze realia, bo i sami nie mają konkretnej wizji. Czasami "Naznaczony" atakuje szybkim szwenkiem albo dynamiczną jazdą kamery, a po chwili długą sceną, w której Nieznajomy idzie przez tunel i gasi - swoją osobą - wszystkie światła. Nie mogli pokazać dwóch, trzech zgaszonych lampek, tylko cały ich trzydziestometrowy tunel, przez który i Usain Bolt nie przebiegłby w interesujący sposób?! No cóż, najwyraźniej nie mogli, bo nawet polski serial o nadprzyrodzonej tematyce nie może się obyć bez tradycyjnie długiej sceny snucia się.

Negatywnego obrazu dopełnia fabuła, której założenia - szczerze, z ręką na sercu - były dobre, ale sposób ich poprowadzenia i przedstawienia wywołuje tylko pusty śmiech. Tajemnicza przeszłość głównego bohatera, pomocny mnich, zbiór cyfr prowadzący do rozwiązania tajemnicy, stare księgi, naznaczony wybraniec, sekretna organizacja (zresztą znikła na dwa odcinki!) i biblijne źródła - to wszystko wrzucono do jednego kotła, zamieszano i wyszła nielogiczna, pretensjonalna i przede wszystkim bełkotliwa breja. Do tego strasznie sztuczne dialogi i nieprawdopodobnie złe aktorstwo, które tę i tak złą fabułę, obniżają o kolejny poziom. Aktorzy (poza świetnymi Adamczykiem i Sadowskim) ewidentnie się męczą, jakby nie wiedzieli w czym i jak mają zagrać. Ekipa reżyserska nie potrafi nad nimi zapanować, w odpowiedni sposób ich poprowadzić i sprawić, by poczuli - niech już będzie, użyję tego słowa - atmosferę. Dlatego też Dereszowska w dziesiątym odcinku prześmiesznie histeryzuje, a Olbrychski (w odcinku dziewiątym) po zakrztuszeniu zupą szarżuje, jakby grał u Rogera Cormana.

No właśnie, Roger Corman zdaje się być patronem "Naznaczonego", bo superprodukcji TVN-u bliżej jest do horrorów klasy B., niż klimatycznych thrillerów spod znaku Finchera czy wczesnego Shyamalana. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo ten nadprzyrodzony serial ogląda się jak naprawdę udaną komedię, w której scenariuszowe, realizacyjne i aktorskie kiksy dostarczają wiele uśmiechu. Poza tym zaraz po "Naznaczonym" stacja prezentuje różne amerykańskie horrory ("W sieci zła", "Oszukać przeznaczenie", "Krąg"), co z jednej strony pokazuje jak nieudolny jest wcześniejszy serial, a z drugiej dostarcza wszystkich tych emocji i elementów (klimat, napięcie, wciągająca fabuła), których polski epigon dostarczyć nie potrafił. Co nie zmienia faktu, że w przyszłą środę, o 21.30, znowu włączę telewizor i - po części - z zażenowaniem oraz - po drugiej części - z uśmiechem będę śledził dalszy ciąg pierwszego polskiego serialu komediowego z elementami nadprzyrodzonymi.

Bartosz Sztybor



Tematów: 3
Dyskusja na forum

  
Popkulturystyka
Z boku
Wynurzenia i wynaturzenia
Klatka po klatce: Michał Oleszczyk o filmie
Felietony różne