Film klasy C może być godny uwagi, ale tylko wtedy gdy ma w sobie choć jeden wyróżniający go element albo nakręcony jest jako świadoma własnych ułomności autoparodia. W nieudolnie naśladującym styl Tarantino „Hell Ride” nic takiego nie uświadczymy.
Sama fabuła nie wróży klęski: oto mamy dwa gangi motocyklowe, które odgrzebując sprawę sprzed lat wkraczają ponownie na wojenną ścieżkę (nomen omen idzie o zabójstwo Indianki). Wiadomo czego się spodziewać – napakowanych testosteronem wytatuowanych wielkoludów w skórzanych kurtkach i przyciemnianych okularach, jeżdżących na wielkich harleyach po przecinających amerykańskie bezdroża szosach i strzelających do wszystkiego co się rusza. Aż się prosi o zgrywę i potraktowanie tematu z przymrużeniem oka.
Wszystko świadczy o tym, że właśnie parodystyczne zamiary miał zapatrzony w swojego mistrza Larry Bishop – aktor pojawiający się w „Kill Bill”, któremu sam Quentin Tarantino doradził ponoć nakręcenie tego filmu. Specjalista od odświeżania brutalnego, niskobudżetowego kina występuje tutaj w roli producenta wykonawczego, pozwalając ometkować produkt hasłem „Quentin Tarantino Presents”. Z doświadczenia wiadomo, że taki slogan może oznaczać jedno z dwojga – albo sprowadzoną z Azji perełkę (to dzięki Quentinowi Zachód poznał „Hero” czy „Chungking Express”), albo marnej jakości, wtórny wobec dokonań samego QT film nawiązujący do klasycznych, grindhouse’owych exploitation movies . Ponieważ „Hell Ride” zdecydowanie nie jest filmem azjatyckim, nietrudno się domyśleć, że chodzi o obraz, który stara się być parodią, filmem tak złym, że aż dobrym, ale kompletnie mu to nie wychodzi.
Nic zresztą dziwnego, skoro reżyser próbował budować fabułę li tylko na zalążku pomysłu – można zgadywać, że konstruowanie fabuły sprowadziło się do stwierdzenia „nakręćmy coś gangach motocyklowych”. No i właśnie takie „coś” wyszło, bo fabuły sensu stricte nie ma tu za grosz. Niby jest jakieś zdarzenie z przeszłości – przy czym retrospektywy tylko niepotrzebnie komplikują prostą fabułę, niby są jakieś bijatyki i (bardzo nieliczne) strzelaniny, ale wszystko sprowadza się do jeżdżenia od burdelu do burdelu i przeplatania scen seksu z ujęciami jadącej kawalkady motorów. Od czasu do czasu w ramach urozmaicenia pojawią się sceny podrzynania gardeł i przydługie dialogi.
Najgorsze są jednak irytujące próby Bishopa by jak najwierniej naśladować Tarantino. „Hell Ride” nie jest po prostu współczesnym filmem udającym exploitation movie, ale filmem udającym produkcję Quentina Tarantino udającą film expoloitation. Mamy tu występ Michaela Madsena i Davida Carradine’a, mamy sceny brutalnych mordów i seksu, mamy pewnych siebie, chodzących na wdechu twardzieli (przy czym grający główną rolę Bishop wybitnie się do tego nie nadaje) – częściej prowadzących bezsensowne dialogi niż biorących udział w scenach akcji. Problem w tym, że każdemu z tych elementów brak świeżości i iskry, która nadawałaby im nową jakość. Bishop-scenarzysta kompletnie nie ma słuchu do dialogów, przemoc jest tutaj zwykłym laniem wiader keczupu, a nie wysmakowaną stylistycznie zabawą, Madsen i Carradine powtarzający kolejny raz te same rolę są już nudni, natomiast fabule brakuje zmian tempa, nie mówiąc o jakimkolwiek sensie.
A przecież film, gdyby zajął się nim ktoś z większym talentem, mógłby naprawdę nieźle wpisać się w tarantinowski trend do odgrzewania niskobudżetowych produkcyjniaków. Są tu przecież potężne choppery i zgrabne damskie pośladki. Jest Vinnie Jones (który, o zgrozo!, jest najlepszym aktorem tej produkcji) w roli niegrzeszącego urodą psychola mordującego w dziwaczny sposób i jest nawiązujące do „Easy Ridera” cameo Dennisa Hopper (choć wyjątkowo kiepskie, bo w rozpaczliwej próbie wyczucia konwencji zanadto przekraczające granice autoparodii). Wreszcie, są też bardzo ładne zdjęcia i świetne plenery – co jest chyba jedyną zaletą filmu. Przede wszystkim jednak jest nawiązanie do odpowiednio głupiego, odpowiednio krwawego i wystarczająco dawno wymarłego gatunku filmów motocyklowych. Przecież takie „dzieła” jak „Nam’s Angels”, „She-Devils on Wheels” czy „Motorpsycho” (Bishop też zresztą za młodu występował w podobnych produkcjach) to osobna półeczka w regale filmów exploitation, zasługująca na odświeżenie tak samo jak „Faster, Pussycat! Kill, Kill!”, do którego nawiązywał „Death Proof”. No ale żeby to odświeżanie się udało potrzebny jest oryginalny Tarantino, a nie jego mierny imitator.