Raz na jakiś czas zdarza się trafić na filmową perełkę, obraz, o którego istnieniu wcześniej się nie wiedziało, a który przywraca szybsze krążenie krwi i nastraja pozytywnie do spotkania nadchodzących dni. Kiedy się taki skarb obejrzy, przestają liczyć się cyniczne nawyki życia codziennego, a wszystkie recenzenckie triki i przyzwyczajenia muszą uciekać gdzie pieprz rośnie. "Adam" Maxa Mayera jest jednym z takich filmów.
Na samym początku grana przez uroczą Rose Byrne Beth Buchwald wyjaśnia, że z perspektywy czasu widzi swoją znajomość z Adamem Raki poprzez pryzmat "Małego Księcia" Antoine'a de Saint-Exupery'ego. On w tej historii jest Małym Księciem, ona pilotem. To stwierdzenie z miejsca ustawia film na właściwych torach - opowieści o sile uczuć, mocy rodzinnych więzi, odpowiedzialności i nauce kochania drugiej osoby. W stricte humanistyczny sposób uświadamia piękno tego wszystkiego, co mamy pod nosem, a czego z reguły nie potrafimy dostrzec.
Beth spotyka Adama w trudnym okresie swojego życia: były facet złamał jej serce, a ojciec ma stanąć przed sądem za różne kombinacje w swojej firmie. Adam również łatwo nie ma - niedawno zmarł jego ojciec, zostawiając biednego chłopaka samego na świecie. Samotność tę pogłębia fakt, iż Adam cierpi na zespół Aspergera, który cechuje się m.in. tym, iż danej osobie ciężko ustosunkować się do tego, co mówią i robią inni, gdyż nie potrafi wyczuć ich intencji. Ta łagodna forma autyzmu charakteryzuje się upośledzeniem umiejętności funkcjonowania w społeczeństwie.
Od początku tworzy się między nimi jakaś chemia, dosyć szybko zaczynają się przyjaźnić, a później spotykać jako para. Adam uczy Beth szczerości wobec siebie i radości z rzeczy małych, a sam nieświadomie pobiera naukę jak współżyć z innymi ludźmi i czerpać z tego przyjemność. I w sumie na tym polega cała fabuła. Nie ma tu efektownych akcji i atrakcji, w zamian jest opowieść o ludziach, ich lękach i pragnieniach. Oraz o potencjale, który się w nich kryje. To nie jest też tak, że w "Adamie" poważny temat choroby jaką jest zespół Aspergera zostaje wykorzystany w celach urozmaicenia filmowego świata.
"Adam" to jeden z tych filmów, w których fabuła, jakkolwiek solidna by nie była, schodzi na dalszy plan, a liczą się tak naprawdę emocje, które wywołuje w każdym z osobna. Problematyka psychologiczno-społeczna znajduje w filmie ujście, ale nie może przejąć fabuły, bowiem jego sednem nie jest taka refleksja. Możliwe, iż znajdują się w "Adamie" również błędy narracyjne, płycizny logiczne czy niechlujny montaż. Możliwe, jednak nie ma to większego znaczenia, bowiem film Mayera ma w sobie więcej serca i ciepła niż dziesięć standardowych hollywoodzkich komedii romantycznych razem wziętych.
Emocjonalna szczerość i prosta radość, które płyną z "Adama", zostały jakby wyjęte ze świata dziecka, które nie zostało jeszcze skażone cynizmem i tumiwisizmem rzeczywistości i woli się nią raczej zachwycać niż martwić. Takie filmy jak "Adam" przywracają wiarę w sens tego wszystkiego, co znajduje się za oknem oraz w magiczne właściwości kina jako inspiracji do zmiany. To taki test, czy jest się jeszcze w stanie wierzyć w to, że Mały Książę miał rację.