Nowa polska komedia, już nie romantyczna, ale o miłości... Klasyfikacja w tym przypadku to zresztą zabieg czysto marketingowy i w zasadzie nie istotny z punktu widzenia samego filmu. Co innego promocja, traktowanie rzeczy jako produktu i wreszcie umiejętne przekonanie konsumenta do jego „spożycia”. Nagle nasze kino postanowiło wyraźnie oddzielić gałąź czysto komercyjną od artystycznej, tej z ambicjami, i co istotne z intelektualną myślą. „Randka w ciemno” Wojciecha Wójcika to „klasyczny” przemysłowy przykład nowej twarzy naszej kinematografii. Wyprodukować, z pompą wypromować i spektakularnie sprzedać. I nie ma w tym nic złego, o ile za tym idzie jakiś poziom i jakość.
To, co kto robi z własnymi, prywatnymi pieniędzmi, pozostaje jego sprawą. Nam, komentującym zjawiska ekranowe, pozostaje jednak opisanie, podzielenie się wrażeniami, odczuciami i przemyśleniami z efektów tej czy innej inicjatywy. Jakim filmem okazuje się zatem „Randka w ciemno”? Wojciech Wójcik to jednak nie Patryk Vega i przynajmniej reżyserować potrafi. Stąd pierwszy wniosek, że kolejny, w krótkim czasie, w zamyśle komediowy obraz jest produkcją co najmniej realizacyjnie poprawną. Ogląda się go bez narastającego bólu zębów, spokojnie i miarowo odmierzając czas do końca celuloidowego spektaklu. Co innego sama historia, która jednych być może skłoni do zakotwiczenia swojej świadomości przy rozwijanej na ekranie fabule, innych pozostawi niestety obojętnymi. To już jednak kwestia gustu, i rzecz jasna oczekiwań.
Bohaterką filmu jest Majka, piękna, radosna, z charakterem, co też niegroźnie naiwna i niedostrzegająca prawdziwej miłości dwudziestoparolatka. W tej roli urokliwa i walcząca o swoją postać Katarzyna Maciąg. Młoda kobieta jest ofiarą nieszczęśliwej miłości, źle ulokowanych uczuć, błędnych życiowych decyzji. Od czego są jednak przyjaciele i przyjaciółki. W zasadzie jeden przyjaciel, który zawsze czuwa, zawsze doradzi, obroni i przytuli. A że przyjaźń między atrakcyjną kobieta a przystojnym mężczyzną, to rzadkość, jak wyjątek w polskiej ortografii, oczywistym się staje, że intencje sympatycznego Kuby (Lesław Żurek) są oczywiste. Biedna Maja tego jednak nie widzi, ale też prawdziwy obraz przesłania jej przekonanie, że jest on.., gejem. Tymczasem wspomniane przyjaciółki biorą sprawy w swoje ręce i zgłaszają dziewczynę do telewizyjnej randki w ciemno, którą ta wygrywa w cuglach. „Wybiera” ją cyniczny, arogancki, szpanersko przebojowy Karol. Tu swój kolejny aktorski popis daje Borys Szyc. Komediowo bezbłędny. Warto dodać, że oboje poznali się wcześniej w pubie, gdzie Maja pracuje jako kelnerka, a Karol okazał się być dość „trudnym” klientem. Teraz, razem jadą na Lazurowe Wybrzeże spędzić romantyczny tydzień pod czujnym okiem kamery TV Hit, sponsora i organizatora telewizyjnego show.
W tym miejscu dalsze zagłębianie się w meandry tego naszpikowanego, co pomniejszymi wątkami, scenariusza wydaje się zbędne. Służą one przede wszystkim gatunkowej konstrukcji, czym samego utworu w żadnej mierze nie uszlachetniają. Natomiast widz, jeśli już wejdzie ciałem i duchem w tę kolorowo-cukierkową opowieść, niech też coś ma z przyjemności jej oglądania.
Komedia to zabawna umiarkowanie. Historia jeśli nie banalna, to czytelna i nie do końca oryginalna. W zasadzie zaprogramowana rodzajowa lekkość odbiera filmowi emocje i napięcie, tak nieodzowne przy uczuciowej problematyce. Ewidentnie mamy problem z pokazywaniem miłosnych uniesień, aby były one na ekranie wzruszające, porywające i wreszcie intrygujące. W tym przypadku znów wkrada się naiwność i lekka kiczowatość. W filmie nie brakuje też „złotych myśli”, w stylu: „skoro coś się zepsuło, można to naprawić”. Rozkoszne, ale ile można jeszcze..? Znakiem naszych czasów i sposobem na dofinansowanie kina stał się natomiast product placement, który w „Randce w ciemno” widoczny jest aż nadto. Powoli się do tego przyzwyczajamy, ale odrobina „subtelności” w tym względzie byłaby jednak wskazana. W końcu to kino, a nie targi Expo. Wreszcie „Randka w ciemno” stara się być filmem otwartym, usposobionym liberalnie, politycznie poprawnym. Pojawiają się w nim postacie o odmiennej orientacji seksualnej, które co prawda spełniają rolę komediowego kontrastu, ale wizerunek ich jest jak najbardziej pozytywny. To zresztą nie jest zarzut. Akurat w tym kontekście dobrze, że kino tematu nie unika. Zaskakuje z kolei język. Jak na komedię lekką i zabawną, o miłości, dość wulgarny. W niektórych sytuacjach faktycznie nieodzowny jako pointa, w innych już jednak mniej trafiony.
Niewdzięczna rola opiniodawcy polega na tym, że ten sobie ponarzeka, a i tak ludzie na film pójdą. Może nawet tym bardziej. Obraz, jak ten omawiany powyżej, nie ma ambicji dzieła sztuki. Wystarczy mu pozycja dobrze nakręconej używki dla masowego widza. A że jest w nim kolorowo, pocztówkowo, miło, łatwo i przyjemnie, ma na to naprawdę duże szanse.