Maciej Piwowarczuk zrobił film trochę z myślą o zagranicznym widzu, który nie koniecznie musi znać nawet podstawowe fakty związane z Powstaniem Warszawskim. „Epidemia miłości” dość niebezpiecznie oscyluje między solidnie zrobionym dokumentem a produkcją typowo edukacyjną, nigdy jednak w banalny, typowo szkolny ton nie wpada.
Produkcja Piwowarczuka odchodzi nieco od opowiadania typowo faktograficznego. Tło historyczne zostaje jedynie zarysowane – stanowi tylko kontekst. Reżyser chciał pokazać aspekty wojny być może nieznane – względnie radosne, w których czuć było niesamowity pęd młodych ludzi do zakochiwania się i zawierania związków małżeńskich. Piwowarczuk pyta bohaterów Powstania o relacje partnerskie w trudnych czasach wojny. Od razu widać, że niemalże wszyscy z nieukrywaną radością powracają do tamtych dni. Mówią o miłości do konkretnego chłopaka, czy dziewczyny, ale też o niezwykle silnym poczuciu wspólnotowości, pragnieniu walki o dobro Ojczyzny.
„Epidemia…” otwiera widza na nieznane jak dotąd opowieści z czasów Powstania Warszawskiego, które stanową dość solidny fundament dla analiz socjologicznych. Pokazuje, jak silne więzi mogą się zawiązać w czasach wielkiego, powszechnego zagrożenia, oraz jak wspólna walka z wrogiem zbliża do siebie ludzi. Piwowarczuk na szczęście ucieka od patetycznej narracji – z bohaterami wojennymi rozmawia jak ze zwykłymi ludźmi, którzy po prostu opowiadają o swojej młodości. Nie zawsze małżeństwa zawarte podczas Powstania Warszawskiego były trwałe – reżyser nie unika trudnych tematów, jak na przykład zdrady, których dopuszczali się narzeczeni, itd. „Epidemia miłości” w tym wydaje się bardzo autentyczna – film nie stara się o tezy w rodzaju: „Wtedy to były związki, a teraz – szkoda gadać!”; przedstawia również wiele małżeństw, w których głębokie uczucie pomylono z zakochaniem.
Realizacyjnie produkcji nie można niczego zarzucić – została zrobiona dość zachowawczo, bez specjalnych fajerwerków, czy też skomplikowanych zabiegów formalnych. Jakimś cudem jednak wymyka się banalności, a jej oglądanie to prawdziwa przyjemność, chociaż może trochę pozbawiona głębi. Cóż, taki był wybór Piwowarczuka – opowiedzieć o szczęśliwych, w większości radosnych, historiach miłosnych czasu Powstania. Odciążyć nieco ten dramatyczny, polski epizod. To niewątpliwie się udało.