Przeciwności się przyciągają - na tym, starym jak świat założeniu, zbudowano fabularny szkielet "Oświadczyn po irlandzku", komedii romantycznej Ananda Tuckera. Tym razem jednak relacje bohaterów tak bardzo przesiąknięte są obopólną nienawiścią, że chemia jest tu tylko niezrealizowaną ewentualnością. Cynizm i uszczypliwości nie ustają nawet, gdy następuje pierwszy poważny przełom - pełen namiętności pocałunek. Przepaść między Anną (Amy Adams) - zdesperowaną bostońską yuppie, a Declanem (Matthew Goode) - nieokrzesanym sceptykiem z prowincjonalnej Irlandii, nie ma w sobie nic z klasycznych założeń gatunku, któremu przewodzili niegdyś Katherine Hepburn i Cary Grant. W ich przypadku miłosny consensus był naturalnym zwieńczeniem serdecznych nieporozumień, tu jest tylko przekupnym wynagrodzeniem za dotychczasową niegodziwość.
Sama opowieść utkana jest z klisz tak wyeksploatowanych, że film kończy się w 14 minucie, gdy bohaterowie się poznają. Od tego momentu nie ma znaczenia, że Anna przyjechała do Irlandii oświadczyć się swojemu chłopakowi. Jeremy (Adam Scott) okazuje się nudnym i zajętym sobą pragmatykiem tak szybko, że niemal odruchowo daje swej dziewczynie przyzwolenie na romans. Pruderia jest tu zresztą potrzebna - "Oświadczyny..." zatopione są w staroświeckich założeniach, których nie powstydziłoby się kino naszych dziadków. Ekranową rzeczywistość jednostronnie ugrzeczniono (żadnego cudzołożenia czy przeklinania, nagie ramiona jako szczyt erotyzmu), co paradoksalnie staje się jedyną, obok czarującej jak zawsze Amy Adams, zaletą filmu.
Tradycja nie zawsze jednak spełnia swoją rolę. Miejsce akcji jako trzeci bohater miłosnej eskapady tym razem rozczarowuje zarówno doborem, jak i mocno stereotypowym ujęciem. U Tuckera Irlandia to kraj błotnistej brei i szpetnych farmerów, który lepiej posłużyłby za tło rasowego horroru. W przypadku romansu, posępna szarzyzna skutecznie odstrasza, akcentując tylko przepaść dzielącą Annę i Declana. Gdy ci padną sobie w końcu w ramiona, pojawi się wątpliwość. Bo czy swoisty happy end nie jest tu przypadkiem owocem desperacji? Zaskakujący zryw dwójki nieznoszących się ludzi sugeruje przewrotny racjonalizm, z którym ciężko się zgodzić - miłość to tylko wyzbyta ideałów potrzeba chwili. Jeśli ta świadomość zakorzeni się w umyśle Waszej połówki, być może walentynkowy seans opuścicie osobno.