Wybitnie niszowa produkcja dla wybrańców. Ponadpółtoragodzinnej wycieczki za kilkanaście złotych w ("w", nie "do") świat Avalon nie polecam nikomu, kto nie jest manga-animemaniakiem. Transkrypcja japońskiej kreski na film fabularny i to w języku polskim wypadła bowiem bardzo... Hmmm... W najlepszym wypadku: "kontrowersyjnie".
Świat Oshiiego jest, o czym mi sam powiedział podczas krótkiego (nawet nie 20 proc. czasu projekcji) wywiadu, JEGO światem. Jego - i, naturalnie, scenarzysty - rzeczywistością. Równie, jeśli nie bardziej, prawdziwą niż - już wnioskuję, nie cytuję - hotelowy apartament, w którym siedzieliśmy. Zapewne dlatego tak ciężko dostępną dla ubogich w wyobraźnię szaraków z Polski.
Co ciekawe, o czym wiadomo nie od dziś, to nasz właśnie kraj miodem i mlekiem płynący, wybrał sobie kultowy twórca jako scenografię dla swych mrocznych wizji. I może to właśnie nie pozwala nam przekroczyć granicy obu tych rzeczywistości? Dla mieszkańców Tokio Wrocław, w którym kręcono większość zdjęć, jest tym samym, czym dla nas, przykładowo, Wagadugu (stolica Burkina Faso). Egzotyką i enigmą. Dla nas nie. Ciężko też za tajemnicze uznać ruskie czołgi, z którymi walczą bohaterowie. A oni, to już kompletna porażka. Sztywni jeszcze za życia (zresztą tu po nim rozpadają się na pasemka, więc, paradoksalnie, to dopiero po śmierci nie są sztywni). Wprost żenująco sztywni aktorsko, z Foremniak na czele. Skandalicznie sztywno rozmawiają. Choć w tej kwestii jarzmo winy niekoniecznie ciąży na nich. Podobno dostosowywano fonetykę do japońskiego. Lub raczej na odwrót - to może być kwestia tłumaczenia oryginalnego scenariusza (Kazunori Ito). Lecz to tylko takie naciągane tłumaczenie aktorów - z pewnością dało się wyciągnąć z tego coś więcej. Jest naprawdę fatalnie.
Sam świat, rzekłbym laicko, postycyberpunkowy. I ten komputerowy, i ten "rzeczywisty" (w naszym tego słowa znaczeniu). Ciężko je jednak rozgraniczyć - co jest głównym założeniem myśli twórcy. Podobny chwyt - przenikania się życia z grami - zastosował nie tak dawno Cronenberg w "eXistenZ", jednak ten (bliższy nam kulturowo - może dlatego) reżyser zrobił to znacznie przystępniej. Skojarzenia z "Matrixem" też jak najbardziej na miejscu. Ash, która - choć zapewne z popiołu powstała, weń już się raczej nie obróci (co najwyżej w paski) - kroczy po ziemi "zalagowanej" (i teoria względności nareszcie się sprawdza w praktyce - choć czas wstrzymuje przeciążony system) i "zaloopowanej" (te same sytuacje w tym samym tramwaju etc.). I wyblakłej, a raczej "zsepiowanej" (nie mylić z "zasępionej", choć to też prawda).
Kolorystka i zdjęcia to zresztą główne atuty filmu. Pracę Grzegorza Kędzierskiego doceniono nawet na festiwalu w Sitges. Brawo! Także muzyka autorstwa Kenji Kawaiego w wykonaniu Filharmonii Warszawskiej to czysty majstersztyk. Cóż z tego, skoro nie są to dzieła autonomiczne, lecz wpisane w jedno dzieło filmowe i w połączeniu z sobą, opisując nuudną dla nieuzbrojonego w specyficzną wrażliwość widza, historię są na dłuższą metę ciężkostrawne? Zaryzykujecie wycieczkę do krainy Króla Artura AD 2001?
Najpierw pojawia się prolog informujący nas krótko o całej sprawie. Otóż generalnie chodzi o to, że młodzież (tylko czemu grają ją dorośli aktorzy???) gra w dziwną grę, która redukuje po pewnym czasie ich funkcje życiowe do minimum, skazując na wegetację (hmm.. . brzmi całkiem profetycznie). Ash zjawia się na polu walki i rozwala kogo trzeba. Wychodzi z gry, odłącza się od plątani kabelków, rozmawia z Game Masterem (gadająca głowa, dosłownie) i wychodzi mrocznym korytarzem (w którym raz są jakieś tory, jakby od wózka kamery, raz nie ma, co wprowadziło mnie w pewną konsternację), oddaje (zdaje się) kartę do gry (format bankomatowej) barmance (uwaga, to nie Kora), mija tłumy ogłupionej młodzieży i wraca do domu. Z nikim nie konwersuje, gotuje psu żarcie i zasiada do komputera (co ciekawe, na ekranie napisy angielskie). Wkrótce dowiadujemy się, że jest samotną wojowniczką, eksczłonkiem legendarnej grupy Wizard i jej ekskumpel Murphy "nie wrócił". Skąd? Otóż z SA levelu, do którego i ona chce dojść. Oj, to zbyt skomplikowane.