Po "Katedrze"
i "Sztuce spadania"
przyszedł czas na "Kinematograf"
. Przed premierą jest już trzeci, i jak zapowiada sam zainteresowany ostatni, krótkometrażowy film animowany w reżyserii Tomka Bagińskiego
. Teraz przyszła pora na zdecydowanie bardziej rozszerzoną formułę, do której "Kinematograf" okazał się być poważnym... ćwiczeniem. Tomek Bagiński specjalnie dla Stopklatki opowiedział o swoim ostatnim projekcie, którego premiera odbędzie się w najbliższą środę oraz o pełnometrażowej propozycji "Hardkor 44"
.
Artur Cichmiński: O historii "Kinematografu" wiele już napisano i powiedziano. Dlatego chcę Cię dziś zapytać o to, co oznacza dla Ciebie ten film?
Tomek Bagiński: Jest on moim trzecim i najdroższym krótkim filmem, a jednocześnie też najtrudniejszym. Nawet prace przy "Wiedźminie" były łatwiejsze technicznie. Może w "Kinematografie" tego nie będzie widać ze względu na spokojną narracje, ale jest tu dużo postaci pozostających ze sobą w najprzeróżniejszych relacjach. Została także wykonana ogromna praca scenograficzna. Poza tym na parę dni przed premierą jest mi naprawdę trudno odpowiedzieć na to pytanie. Muszę już do tego filmu złapać trochę dystansu.
Pewna idea, założenie, przed przystąpieniem do pracy nad nim musiało Ci jednak przyświecać?
Chodziło o to, aby zrobić film, na którym ludzie będą się wzruszali. Co wcale nie jest takie łatwe. Mamy tutaj krótki film animowany, a trzeba było sprawić, żeby ludzie wczuli się w tę historię i byli nią poruszeni. To naprawdę nie należało do łatwych zadań. Z drugiej strony jeżeli się to udało, nie ma już sensu dalsze siedzenie w krótkich filmach. Trzeba iść dalej, rozwijać się. "Kinematograf" był swego rodzaju testem, który miał dowieść czy dam sobie radę z tego typu sytuacjami. Czy tak się stało odpowiedzą jednak na to już widzowie.
A jak Ty to czujesz? Wziąłeś udział w dużej produkcji, którą musiałeś też ogarnąć organizacyjnie. Jesteś już gotowy na pełny metraż?
Mało tego. Był to pierwszy film, przy którym nic nie zrobiłem. Może brzmi to dziwnie, ale zależało mi na tym, aby odciąć się od bezpośredniego robienia filmu. Robiąc wszystko samemu, nie da się zrealizować pełnego metrażu. Jest to coś tak absorbującego, aby wszystko ogarnąć oraz zorganizować, a do tego trzeba jeszcze podejmować decyzje, iż wtedy nie można już zajmować się czymś innym. Poza tym film ten miał też sprawdzić czy nie robiąc niczego własnoręcznie jestem w stanie zrobić cały film rękami innych osób? Mam nadzieję, że to się udało.
Żeby taki film mógł się udać jakim sztabem ludzi należy się otoczyć?
W ogóle najważniejsi są ludzie, z którymi się współpracuje. Zespół, który przebije problemy finansowe, techniczne, sprzętowe. Jeśli masz właściwych ludzi we właściwych miejscach to wtedy praca jest samą przyjemnością.
Jesteś reżyserem zdecydowanie autorytarnym czy raczej otwartym na zespół i ich sugestie?
Z czasów kiedy jako grafik czy animator robiłem różne rzeczy zawsze irytowało mnie, jak reżyserzy nie dopuszczali do głosu współpracujących przy projekcie osób. Jeśli ktoś taki upiera się przy czymś, co ma sens jest to w porządku, ale najczęściej są to jakieś widzimisię. Tego właśnie starałem się też unikać tutaj. Natomiast jeśli wybieram sobie do zespołu znakomitych fachowców to takich ludzi nie trzeba trzymać już za rączkę. Nawet jeśli muszę podjąć jakąś decyzje, poprzesuwać akcenty to dziewięćdziesiąt procent ich wkładu i tak nie wymaga pilnowania. Wtedy ich pomysły są też dużo bardziej ciekawe i pomocne. Poza tym wierzę, że jeśli dobiera się dobrych, wiedzących co się do nich mówi i mających podobne spojrzenie na świat ludzi to wówczas reżyseria jest właściwie niepotrzebna.
W przypadku "Kinematografu" cały koncept plastyczny to zasługa Kuby Jabłońskiego.
Którego poznałem półtora roku temu przy jednym z komercyjnych projektów. Przesłałem mu pierwsze próbki do "Kinematografu". Notabene mi samemu nie do końca się one podobały. Zapytałem Kubę czy nie byłby zainteresowany tym tematem? Zrobił on projekty postaci, które w efekcie okazały się tak dobre, że nie pozostawało nic innego, jak tylko robić film. Przy okazji jego koncepty wywindowały budżet filmu trzy razy wzwyż. Były to po prostu bardzo bogate w detal postacie, a to wymagało podniesienia poprzeczki realizacyjnej.
Miałeś również jakieś swoje pomysły czy w tym momencie oparłeś się jedynie na tym, co zaproponował Kuba?
Nie. Ja się tylko ograniczyłem do opisania i wymyślenia charakterologii tych postaci. Oczywiście w przypadku bohaterów pierwszoplanowych Kuba nie od razu trafił też w dziesiątkę. Prowadziliśmy rozmowy, dużo dyskutowaliśmy aż udało mu się w końcu złapać nastrój, o który mi chodziło. W tym momencie moja rola właściwie się tutaj skończyła. Zaledwie na palcach jednej ręki można policzyć przypadki, kiedy chciałem coś w tych jego konceptach zmienić. Poza tym nie wtrącałem się.
W przypadku pełnometrażowego obrazu sprawa dystrybucji jest oczywista. Jak to się odbędzie tymczasem odnośnie "Kinematografu"?
Prawdopodobnie na jesieni uda nam się wypuścić antologię filmów powstałych w Platige Image. Zależy nam, aby najpierw pokazać te rzeczy w kinach. Byłby to normalny seans składający się z połączonych ze sobą realizacji. Poza tym robiłem do tej pory krótkie filmy dlatego, iż nie wierzyłem, że można zrobić tutaj pełny metraż na odpowiednim poziomie czyli takim, którego nie trzeba by było wstydzić się na świecie. Z kolei wydaje mi się, że w naszym kraju ten moment powoli już następuje. Skoro jednak wcześniej było to niemożliwe skupiałem się właśnie na krótkich formach. Chodziło głównie o kwestie technologiczne i to był akurat powód takiego stanu rzeczy. Po prostu zmuszała mnie do tego konieczność. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, aby coś w ogóle robić. Stąd też to skupienie na widowni festiwalowej, którą zresztą zawsze traktowaliśmy, jak każdego innego widza. Chcieliśmy, żeby filmy te były oglądane naprawdę wszędzie. Podobnie jest zresztą z "Kinematografem".
A co z dystrybucją internetową?
Będzie, ale znacznie później. Chcemy, żeby tam gdzie jest to możliwe film był oglądany w kinie z porządnym dźwiękiem, na dużym ekranie. Chcemy też wydać ten tytuł na DVD, jak również na Blu-ray. Główny problem, jaki ja mam z internetem to nie fakt, że tam się dystrybuuje coś za darmo, bo my i tak na tych filmach specjalnie nie zarabiamy, ale że obrazy te są nierzadko dostępne w bardzo kiepskiej jakości, z fatalnym dźwiękiem o niskiej rozdzielczości. My się nie po to staraliśmy, aby film ten dobrze wyglądał, a potem ludzie odbierali go w byle jakiej postaci. Oczywiście z czasem trafi on do oficjalnej dystrybucji internetowej, ale jeszcze nie teraz.
Tomku naturalną koleją tej rozmowy jest pytanie o ten długi metraż. Jak blisko tego jesteś?
Mamy w studiu chyba pięć projektów na różnym etapie zaawansowania. Żaden z nich nie jest jeszcze w produkcji, wszystkie są dopiero w pre-produkcji. Ja z kolei nie wybieram ich w sposób arbitralny, skupiając całą energię na jednym z nich, teoretycznie o największym potencjale. W przypadku dużego metrażu jest dużo zmiennych - producenci, pieniądze, zespół, organizacja, czas... Jest tego tyle, że nie ma sensu skupiać się w tej chwili na jednym projekcie. Dlatego prowadzimy development paru scenariuszy. Sam natomiast bardzo chciałbym, aby wypalił projekt pod roboczym tytułem "Hardkor 44" o Powstaniu Warszawskim, który podchodzi do tego wydarzenia w zupełnie inny sposób niż dotychczas o tym myślano, a mianowicie poprzez przekaz iście popkulturowy. Jest to tak naprawdę film akcji, a nie coś rozliczającego się z przeszłością. Ma to być efektowne kino rozgrywające się w tamtych czasach i opierające się bardziej na micie Powstania Warszawskiego niż na jego faktach. Ten projekt wydaje mi się obecnie najważniejszy. Poza tym mamy też produkcje stricte animowaną rzecz, przy której byłbym już jednak tylko producentem, a wyreżyserowałby to Sebastian Pańczyk.
Masz na myśli "Babcię"?
Tak. Mamy też trzy inne projekty na różnym poziomie zaawansowania, o których teraz nie za bardzo chciałbym mówić. Jeden z nich oparty jest między innymi na książce Jacka Dukaja. Są one co prawda planowane na późniejszy czas, ale jeśli znajdzie się ktoś kto zechce w któryś z nich zainwestować, wybrany zostanie ten mający największe szanse na realizację. Myślę, że też kompletnie nie odsunę się od krótkich metraży, które lubię, ale pewnie zajmę się tylko ich produkcją, ewentualnie zrobię coś pod pseudonimem.
Wrcając jeszcze do "Hardkoru 44", który na podstawie już tylko projektów plastycznych zapowiada się bardzo odważnie oraz nieszablonowo w odniesieniu do naszej historii. Jakie jest zainteresowanie osób, instytucji, które mogłyby wesprzeć go finansowo?
Na razie bardzo dobre. Okaże się jednak, co przyniosą konkrety? Obecnie prowadzone są rozmowy, po których można być optymistą. W ogóle mam wrażenie, że ludzie czekali na taki pomysł. Nie tylko ci mający pieniądze, ale też sami widzowie. Bo ile można kręcić nudne kino historyczne? Mamy jedną z najbardziej barwnych i ciekawych historii wśród narodów świata. Jesteśmy tak położeni na geopolitycznej mapie, że ciągle musieliśmy o coś walczyć. Może to zabrzmi okrutnie, ale dla kina jest to coś bardzo barwnego i chwytliwego, a co do tej pory wykorzystano jedynie, może w jakiś pięciu procentach.
Tymczasem "Hardkor 44" ma być też filmem aktorskim...
Tak mają tam grać aktorzy. Ten film nie może być jedynie animowany. Zakładamy, że będzie to film aktorski, oczywiście z bardzo dużym udziałem efektów specjalnych.
Słyszałem o porównaniach z "300"...?
Być może. Decyzje, co do sposobu kręcenia nie zostały jeszcze definitywnie ustalone. Chodzi głównie o to, żeby mieć jednak na planie żywych aktorów. Natomiast scenografia, efekty specjalne będą robione w komputerze. Żywy aktor wnosi coś do filmu, a samo kino akcji jest czymś bardzo fizycznym. Postać animowana wszystko zrobi bez trudu, a tym samym trudno jest się z nią identyfikować. Z kolei jeśli mamy kogoś z krwi i kości to ta fizyczność jest zdecydowanie bardziej sugestywnie wyczuwalna. W scenach akcji musi wystąpić człowiek, nawet jeśli mają to być tylko niektóre ujęcia. Bez tego całość traci resztki wiarygodności. W tym filmie opowiadamy bajkę, mit. Bohaterami są twardziele nie mający wiele wspólnego z rzeczywistym światem, ale mimo to nie możemy zrezygnować z ludzi.
Na koniec powróćmy jeszcze do "Kinematografu". Na tle Twoich poprzednich tytułów jest to film wzruszający, ciepły, czuły, mający w sobie pewne piękno. Jaka jest w takim razie prawdziwa twarz Tomka Bagińskiego? Który z tych filmów najlepiej Ciebie oddaje?
Pracuję nad tym, aby za parę lat, jako reżyser, być uważanym za fachowca. Ktoś kto nie będzie kojarzony i związany z żadną konkretną historią czy jej typem. Mam tu na myśli profesjonalistę, którego w każdej chwili może zatrudnić zainteresowany nim producent. Pod tym względem nie chciałbym, aby którykolwiek z moich filmów był odbierany w taki właśnie osobisty sposób. Jedynie "Katedra" była dla mnie czymś bliskim, ale na pewno nie "Sztuka spadania" czy obecnie "Kinematograf", nie mówić już o zleceniach komercyjnych. W każdej z tych realizacji starałem się być "fachmanem". Bo kim jest reżyser? To ktoś, kto opowiada historię. Żaden magik, czarodziej czy stwórca. Zdarzają się artyści wykorzystujący kino do autoterapii, wyrzucenia z głowy lęków czy innych fobii. Ja do nich nie należę. Wychowałem się na kinie amerykańskim, na modelu reżysera, który jest jednym z członków ekipy filmowej wynajmowanym do danego projektu. Mi takie podejście, właśnie rzemieślnicze, bardzo się podoba. Chciałbym być też tak odbierany, dlatego "Kinematograf" jest kolejnym ćwiczeniem mającym odpowiedzieć na pytanie czy poradzę sobie z historią trochę bardziej delikatną i romantyczną? Chociaż sporo osób twierdzi, że jeśli chodzi o przeżywane emocje, jest to akurat film podobny do "Katedry".
Dziękuję Ci za rozmowę.