Najważniejsze targi filmowe, czyli American Film Market mają w tym roku w swoim repertuarze ponad 445 filmów, w tym około 80 premier światowych. Kolejne kilkaset filmów to produkcje będące w realizacji, które można kupić we wstępnej fazie przygotowań, na przykład na etapie scenariusza. Dlatego corocznie przedstawiciele branży filmowej zjeżdżają do Santa Monica w Kalifornii - tutaj negocjują najkorzystniejsze dla siebie umowy i dokonują selekcji najlepszych i najnowszych filmów.
Amerykańskie targi oferują tak wiele tytułów, że trudno podjąć decyzję. Ale nie tylko to wpływa na wybory kupujących w tym roku filmy dystrybutorów. "Ten rok jest gorszy pod względem filmowych zakupów ze względu na światowy kryzys finansowy. To widać i czuć w rozmowach z dystrybutorami" - mówi Michael J. Werner członek zarządu Fortissimo Films, firmy która na targach co roku dysponuje prawami do sprzedaży kilkudziesięciu filmów. "Kryzys najbardziej uderzył w kino arthousowe. Ambitne, artystyczne filmy kiedyś cieszyły się większym zainteresowaniem. Nawet jeśli film nie był komercyjnym pewniakiem normą była sprzedaż praw do jego dystrybucji kinowej w 25 krajach. Dziś mówimy o siedmiu podpisanych umowach".
AFM stara się dzielnie walczyć z kryzysem. Choć projekcji jest mniej niż w zeszłym roku, odbywają się one zgodnie z tradycją od 8.45 rano do 7 wieczorem. Seanse wyświetlane są nie tylko w czterech kinach (które dysponują od czterech do siedmiu sal projekcyjnych), ale także w dwóch kalifornijskich hotelach, w których zaadoptowano pomieszczenia konferencyjne do projekcji oraz w nowej, specjalnie przygotowanej sali projekcyjnej nad brzegiem Pacyfiku. W tych wszystkich miejscach producenci z USA, Europy, Azji oraz Australii wyświetlają swoje filmy. W porównaniu z rokiem poprzednim jest mniej horrorów oraz filmów dokumentalnych, więcej jest za to kina obyczajowego i komedii. Zdecydowanie mniej produkcji prezentuje kinematografia azjatycka - zwykle wiodąca prym na targach. W ogromnej ilości propozycji ginie kino skandynawskie, które w zeszłym roku zaznaczyło swoją obecność w bardziej wyraźny i zdecydowany sposób.
Choć po dwóch pierwszych dniach targów nie można jeszcze mówić o filmowych odkryciach - jest co oglądać. Dystrybutorów zachwyciła nowa produkcja Francisa Forda Coppoli
"Tetro"
. Film był pokazywany na festiwalu w Cannes w tym roku, gdzie nie wzbudził entuzjazmu. Pięknie nakręcona i nieśpiesznie opowiedziana historia mówi o rozerwanych rodzinnych więzach i braterskiej trudnej miłości. Bennie przyjeżdża do Buenos Aires by spotkać się z dawno niewidzianym bratem, awangardowym poetą, który podczas życiowej banicji przybrał tytułowe imię. Film stara się odpowiedzieć na pytanie co wydarzyło się w przeszłości obydwu mężczyzn co naznaczyło ich relację piętnem rozłąki i dystansu. Czarno białe zdjęcia są wspaniałą oprawą dla historii o rodzinnych sekretach - podkreślają rozmach oraz głębię filmu. "Tetro" to także aktorskie odkrycie - obok Vinceta Gallo
wystąpił Alden Ehrenreich, któremu już wróży się karierę na miarę Leonarda DiCaprio.
Zawiódł Francois Ozon
. Jego najnowszy film "Le Refuge"
próbuje zmierzyć się z trudnym tematem żałoby po stracie bliskiej osoby. Uzależniona od narkotyków Mousse zaszywa się w położonym na południu Francji domu. Jest w ciąży ze zmarłym Louisem, który podobnie jak ona regularnie kroczył heroinową ścieżką. Po jego przedawkowaniu Mousse przekonywana jest przez matkę chłopaka do tego by usunąć ciążę - zwleka jednak z aborcją, aż w końcu staje się ona niemożliwa. Samotną dziewczynę odwiedza brat Louisa, Paul. Mimo początkowej niechęci i wycofania Mousse zbliża się i przywiązuje do mężczyzny - wraz z nim próbuje przeżyć czas żałoby. Aktorzy Ozona, Isabelle Carre oraz Louis-Ronan Choisy, próbują oddać ogromny wachlarz bardzo zmiennych emocji - temperatura ich wzajemnych uczuć jest tak niestabilna, że w rezultacie ich relacje oraz zachowania stają się mało wiarygodne. Zapominamy o żałobie, zapominamy o zmarłym - razem z bohaterami oddajemy się nowej życiowej szamotaninie. Końcowa wolta ma chyba ukazać to właściwe i prawdziwe oblicze postaci- pretensjonalny i rozczarowujący zabieg Ozona wzbudza jedynie politowanie. Szkoda - tym bardziej, że film zapowiadał się bardzo dobrze. Dwa aspekty na pewno warte są uwagi - reżyserowi udało się zjednać sympatię widzów w stosunku do poharatanej życiowo, antypatycznej Mousse. Druga ciekawa rzecz to sposób ujęcia i pokazania jak traktowana jest aborcja przez francuski system medyczny. Ozon ukazuje to nieznane w Polsce ludzkie podejście, otwarte na kobietę, stawiające ją w roli najważniejszej i pełnoprawnej osoby podejmującej ostateczną decyzję. Pouczające i cenne stanowisko, szczególnie dla kogoś kto patrzy na ten problem z polskiej, ciasnej perspektywy.
Nie udała się także epicka opowieść "Io sono l'amore"
w reżyserii Luci Guadagnino. Grająca główną rolę Tilda Swinton
nie jest przekonująca w roli włoskiej dominy - rosyjskiej emigrantki, która dzięki małżeństwu z wyniosłym magnatem wchodzi w struktury włoskiej burżuazji. Tragiczny romans Emmy Recchi, ma pokazywać fasadowość relacji członków jednego z najznamienitszych rodów - Emma nie mogąc znaleźć czułości wśród najbliższych postanowiła poszukać jej na zewnątrz. Film jest pełnym rozmachu hołdem dla włoskiego stylu życia - "dolce vita" jest tu widoczne na każdym kroku i w każdym geście. Wysublimowane piękno niestety ginie w przestylizowanych kreacjach Tildy oraz zmitologizowanej roli kuchni. Jedynie architektura się tutaj broni - no ale to akurat dokonania pokoleń z przeszłości, Guadagnino po prostu sfilmowała miasta włoskiego południa ukazując ich ponadczasowe piękno.
Podobnie Carlos Saura
, który skręcił w stronę monumentalnej filmowej opowieści - wyszła mu dziwna filmowa hybryda. "I, Don Giovanni" opowiada o współpracy włoskiego poety Lorenzo da Ponte z Mozartem nad operą "Don Giovanni". Saura przeplata ze sobą operową narrację z historią o życiu weneckiego autora. 15-letnia banicja, na którą zostaje zesłany da Ponte, rzuca go do Wiednia, gdzie poznaje żyjącego w biedzie kompozytora. Ich współpraca to wspaniała okazja by pokazać różnice charakterów obydwu artystów, ich osobne podejście do życia oraz sztuki. Skontrastowanie tak dwóch wielkich osobowości dawało pole do aktorskiego popisu - brak tu jednak psychologicznej głębi. Duch opery przyćmił wszystko inne - zabrakło ludzkiego wymiaru, człowiek ginie przytłoczony wielkim librettem i muzyką. Saura zdecydował się na użycie teatralnych dekoracji, co dodatkowo podbija uczucie sztuczności. Z jednej strony ten zabieg daje ciekawy, operowy kontekst, z drugiej cały czas podkreśla umowność tego, co oglądamy. Za mało życia w tym teatrze.
Na tym tle ciekawie wypadła skromny, ale ciekawy film "Cartagena" w reżyserii Alaina Monne'a. W tytułowym mieście Leo, obecnie alkoholik kiedyś znany bokser spotyka Muriel. Młoda kobieta w wyniku wypadku od dwóch lat pozostaje sparaliżowana. Unieruchomiona dziewczyna jest apodyktyczna i nieprzyjemna, z kolei życiowo wypalony Leo przebrzmiałe bokserskie sukcesy koi w nałogu. Trąci tutaj melodramatyczną sztampą, ale film, dzięki bardzo dobrze zagranym rolom, ogląda się z rosnącym zainteresowaniem. Sophie Marceau
i Christopher Lambert
stworzyli wiarygodne kreacje. Szczególnie Marceau w bardzo trudnej, pełnej niuansów niejednoznacznej roli ukazała drapieżne aktorskie oblicze. Choć to wciąż nie jest rola na miarę możliwości aktorki, jest jak zapowiedź jej aktorskiego potencjału, z wiekiem dojrzalszego, bardziej wyważonego i świadomego. "Cartagena" trzyma tempo oraz ukazuje barwne i nieturystyczne oblicze kolumbijskiej Kartageny. To właściwe tło, dobrze kontrastujące z chwilami nazbyt ckliwą opowieścią.
Zobaczymy co przyniosą kolejne dni AFM. Wśród zamieszczanych w festiwalowej prasie informacji o filmach wczoraj pojawiła się notka o planach Lionsgate, producenta serii horrorów "Piła". Mimo dość przeciętnego wyniku kasowego jaki zaliczyła ostatnia część filmu Lionsgate przymierza się do produkcji "Piły VII" w 3D. Choć to do zobaczenia na targach najwcześniej za rok, dystrybutorzy już żartują, że jak tak dalej pójdzie niedługo będzie można przyjechać na festiwal w całości poświęcony wszystkim odsłonom coraz słabszego horroru. "Festiwal chyba nie, ale tydzień z "Piłą" dzięki najnowszej siódmej części wydaje się całkiem realny" - szybko zripostowali przedstawiciele Lionsgate.