Zgoda, na tegorocznym gdyńskim festiwalu zdarzył się cud. Ale nie chodzi w nim o skumulowanie znakomitych filmów czy gwałtowną eksplozję talentów. Po prostu w ostatnich latach zapomnieliśmy o tym, o czym "Rewers"
bezceremonialnie i z wielką klasą przypomniał: scenariusz filmowy może być literaturą.
W ojczyźnie kina, którego słabością od kilku lat jest wątłość opowiadanych historii, Borys Lankos
i Andrzej Bart
są niczym przybysze z innej planety. Albo przynajmniej z czasów Polskiej Szkoły Filmowej, kiedy wybitne dzieła kręcili Andrzej Munk
, Andrzej Wajda
, Jerzy Kawalerowicz
. Kiedy scenariusze pisali im najwięksi prozaicy tamtego okresu: Jerzy Stefan Stawiński
, Tadeusz Konwicki
, Jerzy Andrzejewski
. Kiedy małżeństwo literatury z kinem wydawało najdorodniejsze dzieci. Film Lankosza symbolizuje właściwie wszystkie zalety tego okresu i niemal wszystko, co ostatnimi laty z polskiej kinematografii wyparowało. Ale w pierwszej kolejności prowokuje pytanie, jak to się dzieje, że takich "Rewersów", obrazów o dopracowanej, dobrze napisanej historii, nie oglądamy częściej?
Samotność w sieci
Szukanie duetów podobnych Lankoszowi i Bartowi w ostatnich dziesięciu latach nie zajmie nam dużo czasu. Istnieje jeden: Magdalena Piekorz
i Wojciech Kuczok
. Reszta to pojedyncze przykłady współpracy reżysera i pisarza, jak ta Dariusza Jabłońskiego
i Andrzeja Stasiuka na planie "Wina truskawkowego"
czy Dariusza Gajewskiego
z Radkiem Knappem przy "Lekcjach Pana Kuki"
. Podczas kręcenia prawdziwie interesujący efekt przynosi zgodna komunikacja. Film ze swej natury jest przecież dziełem wspólnym - deklaruje Lankosz. Ale powyższa wymienianka dowodzi smutnej prawdy, że twórcze spotkanie między reżyserem i pisarzem czy scenarzystą zostało w rozdziałach opisujących zamierzchłą przeszłość polskiego kina w encyklopediach. Dziś osobiste filmy i autorska wizja reżysera górują nad artystycznym starciem. Górują, bo jak mówi Gajewski: Polska to nie Hollywood. Tam projekt prowadzi producent, reżyser często włącza się do niego dopiero na pewnym etapie. Końcowy efekt wypracowuje po drodze kilku ludzi. U nas to reżyser odpowiada za swój film od początku do końca.
Gdyński festiwal, lustro polskiego kina i barometr zachodzących w nim zmian, dostarcza panoramy kinematografii, w której reżyser jest Bogiem. I popiera to namacalnymi dowodami: piętnaście statuetek Złotych Lwów rozdanych w ostatnich dwudziestu latach przypadło filmom powstałym na podstawie scenariuszy napisanych przez ich reżyserów. Na przestrzeni tego okresu trzykrotnie nagrody w ogóle nie przyznano, co czyni ten bilans jeszcze drastyczniejszym. We wspomnianej piętnastce znalazło się zaledwie trzech twórców, którzy współpracowali przy pisaniu z zawodowymi scenarzystami. Czterech z sześciu rekordzistów najczęściej nagradzanych w Gdyni w kategorii najlepszego scenariusza to reżyserzy (Feliks Falk
, Krzysztof Kieślowski
, Jan Jakub Kolski
i Jerzy Stuhr
).
Ale nawet opuszczając w przemyśleniach Gdynię, gołym okiem widać, że ostatnia dekada w polskim kinie stoi pod znakiem reżysera-scenarzysty. Łatwiej wymienić tę skromną grupkę twórców, którzy sięgają po cudze teksty niż zliczyć filmowców kręcących w oparciu o scenariusze własnego autorstwa. Na światowych festiwalach zresztą to właśnie nimi się chwalimy: "Sztuczki", "Pora umierać", "Przemiany", "Rysa" czy "33 sceny z życia" - wszystkie one znalazły początek w doświadczeniach lub głowach reżyserów. A tam gdzie od kilku lat upatruje się siły polskiego kina, Andrzej Bart dostrzega jego marność. Nie mam nic przeciwko jeśli wizja twórcy jest mądra. Ale u nas najwięcej mówi się o bólu istnienia. Tacy reżyserzy powinni wrócić do kartki papieru i pisać wierszyki do mamy -mówi.
Samotne noce przed ekranem komputera to jednak często jedyny sposób, żeby film w ogóle nakręcić. Szczególnie debiutanci czują się pozostawieni sami sobie. Anna Jadowska
przyznaje, że na początku drogi twórczej naturalną sytuacją dla reżysera jest samodzielne napisanie scenariusza i nikt nie rozgląda się za gotowymi fabułami. Takiemu podejściu sprzyjała także zapaść całej kinematografii kilka lat temu. W momencie, gdy próbowałem zadebiutować, świat filmu kompletnie się walił - wspomina Xawery Żuławski
. Scenariuszy było przerażająco mało. Nieciekawie działo się w literaturze, więc nie można szukać w niej podpory. To zmuszało nas do samodzielnego pisania.
Dziś sytuacja się zmienia, choć Wojciech Smarzowski
rozwiewa przesadny optymizm: generalnie scenariuszy w Polsce nie brakuje, ale rządzi amatorka. Udając się na poszukiwania idealnego tekstu trzeba się zabrać ze sobą duży bagaż cierpliwości: to nie będzie krótka podróż. Na całym świecie stworzenie scenariusza filmowego pochłania minimum dwa lata. Nawet nad komediami typu "To właśnie miłość" pracuje się trzy lata. Tyle czasu potrzeba na właściwe skonstruowanie historii, zbudowanie postaci i wymyślenie dialogów. U nas scenarzysta może poświęcić na tekst dwa lub trzy miesiące, bo dłuższa praca jest dla niego po prostu nierentowna - mówi Patryk Vega
. Dariusz Gajewski dodaje, że trudność w znalezieniu dobrych scenariuszy wynika ze słabego rozwinięcia zawodu scenarzysty w Polsce. Nawet reżyserzy decydujący się na czyjś tekst zmieniają w nim dziewięćdziesiąt procent - dodaje Konrad Niewolski
, który w ten sposób postąpił z "Palimpsestem"
, jedynym nienapisanym przez siebie scenariuszem, jakiego ekranizacji się podjął.
Idealny reżyser dla mojej powieści
Ustawiając pisarza na pozycji scenarzysty, Lankosz podsuwa tyleż konkretnego, co, niestety, idealistycznego rozwiązania scenariuszowego kryzysu. Choć według Andrzeja Barta powieść i scenariusz różni jedynie forma zapisu technicznego, w minionych latach prozaicy częściej zaliczali z kinem przelotne romanse niż długodystansowe związki. Manuela Gretkowska, autorka scenariusza do kontrowersyjnej "Szamanki"
Żuławskiego już nigdy później nie napisała nic dla kina. Jerzy Pilch wspólnie z Jerzy Stuhrem pracował nad "Spisem cudzołożnic"
, potem napisał nowele do telewizyjnego cyklu "Święta polskie" i więcej nie przyjął roli scenarzysty. Eustachy Rylski przepisał na potrzeby kina własne opowiadanie, "Dziewczyna z hotelu Excelsior", sfilmowane później przez Antoniego Krauze. Podobno, uczynił to również ze swoim największym dziełem, głośnym "Warunkiem" - kapitalnym materiałem na epickie kino historyczne, jakiego w ojczystym wydaniu ekrany w Polsce już nie pamiętają. Prawami do książki dysponował Juliusz Machulski
. Niestety, pomysł upadł. Ostatnio "Warunkiem" zainteresował się Wojciech Smarzowski. Ale autor w krótkich żołnierskich słowach wytłumaczył mi, że jego powieść nie nadaje się na film i nie wyraził zgody na ekranizację - mówi reżyser.
Mam to szczęście, że nie boli mnie słaba współpraca literatury i filmu w Polsce. Literatura to literatura, film to film - komentuje Marcin Świetlicki. Jeśli filmowiec ma zdolności literackie, a literat filmowe - to wyśmienicie. Wtedy powstają wielkie dzieła. Ale tacy ludzie rodzą się rzadko. Pisania nie da się nauczyć. Trzeba mieć po prostu do tego talent. Śmieszy mnie i napawa zarazem lekkim obrzydzeniem pomysł szkół pisania scenariuszy, bo to mącenie w głowach nieszczęsnym grafomanom. Prawdziwy pisarz nie chodzi do szkoły pisania. Prawdziwy pisarz pisze - dodaje. Z utęsknieniem natomiast autor wypatruje ekranizacji swojego kryminału "Dwanaście", który jeszcze przed swoim wielkim debiutem na język kina przepisał Borys Lankosz. Wcześniej pojawiały się niepoważne, mętne i nieciekawe propozycje przenoszenia moich książek na ekran. Dopiero scenariusz Lankosza był czymś konkretnym i budzącym zaufanie - mówi Świetlicki. Pisarz przyznaje jednak, że jego zaangażowanie w projekt, jeśli dojdzie do realizacji, nie przekroczy kosmetycznych poprawek w tekście.
Nie tylko Świetlickiego myśl o współpracy z filmowcem nie przyprawia o dreszczyk podniecenia. Kiedy Paweł Huelle dostał propozycję ekranizacji swojego "Weisera Dawidka" wyraził zgodę, jednocześnie zaznaczając, że nie chce uczestniczyć przy pisaniu scenariusza. Na przykład mogę być przywiązany absurdalnie do jakiejś sceny, która do filmu w ogóle się nie nadaje i za cholerę nie będę chciał z niej zrezygnować, bo będę uważał, że musi być i jako autor mam do tego prawo. Powiedziałem więc producentom: "Róbcie jak chcecie, a ja jestem ciekaw efektu" - mówił w jednym z wywiadów przy okazji premiery "Weisera"
Marczewskiego. Kilka lat później Huelle napisał scenariusz adaptacji "Wróżb kumaka"
Guntera Grassa dla Roberta Glińskiego
i także jego drogi się z kinem się rozeszły. Autorem scenariusza do ekranizacji swoich książek o policjancie Eberhardzie Mocku nie będzie także Marek Krajewski. Reżyser planowego filmu, Patryk Vega, tłumaczy to tym, że twórca po napisaniu książek nie byłby dostatecznie otwarty na stworzenie, w jakimś sensie, nowej historii ze swoich powieści.
Być może obawy i przyczyny niechęci prozaików do pisania scenariuszy najcelniej wyjaśnia Wojciech Kuczok, który nie powierzyłby w ręce reżysera żadnej ze swoich powieści, jeśli nie dostałby zgody na zaangażowanie się w ich adaptację. Pisząc książkę autor musi się wsłuchiwać przede wszystkim w siebie. Film natomiast ma dość parszywą naturę, bo jest sztuką bardzo kosztowną - nie można pozwolić sobie na to, żeby autor wymajaczył jakąś hermetyczną wizję za ciężkie miliony. Te pieniądze widzowie zwrócą tylko wtedy, jeśli w cenie biletu dostaną rozkosz identyfikacji z bohaterem -mówi autor scenariuszy do "Pręg" i "Senności".
Cichy chaos
Skoro nie zanosi się na raptowny wybuch uczuć między pisarzami i reżyserami, pozostaje jeszcze szukanie fabuł na półkach księgarń. Sięganie do rodzimej literatury jest wielką niewykorzystaną szansą polskiego kina. To oczywiste, że z powieści, nad którą ktoś przesiedział dwa lata, łatwiej zrobić dopracowany scenariusz - ocenia Vega. Jednak statystyki ekranizacji powstałych w ostatniej dekadzie nie puchną od nadmiaru. Rocznie kręci się cztery, pięć adaptacji. Większość tych spotkań filmu z powieścią próbowało odkurzyć szkolne lektury. Nieczęsto te produkcje przynosiły swoim twórcom chlubę, ale bezsprzecznie zawsze zapełniały ich skarbce. Czołówkę najbardziej dochodowych filmów w wolnej Polsce otwiera "Ogniem i mieczem"
(7,151 milionów widzów), dalej uplasowały się "Pan Tadeusz"
(6,168 milionów) i "Quo Vadis"
(4,3 milionów). Wszystkie trzy nakręcone przez reżyserów pamiętających czasy najpiękniejszych kooperacji literatury z filmem i wszystkie trzy jakby zrobione zupełnie bez wyciągnięcia z tych doświadczeń wniosków. Szczególnie "Quo Vadis" dobitnie ilustruje zubożenie odczytywania klasycznych powieści we współczesnym kinie. Ekranizując czterdzieści lat temu "Faraona"
Jerzy Kawalerowicz
dostrzegał wiele wymiarów książki Prusa dowodząc jej ponadczasowości. Adaptacją "Quo Vadis", owszem, reżyser mógł skutecznie zachęcić tabun prowadzanych na seanse szkół do sięgnięcia po książkę. Przykładowo, w celu sprawdzenia czy Sienkiewicz opisywał płonących Chrześcijan tak samo kiczowato jak Kawalerowicz to sportretował w filmie.
Moda na filmowe lektury wartko płynęła w stronę kuriozum, osiągając apogeum gdzieś w okolicach pomysłu dwóch wersji "Krzyżaków". Jedną chciał nakręcić Bogusław Linda, druga wymarzyła się Jarosławowi Żamojdzie. Otrzeźwiający zwrot akcji nastąpił, gdy obie produkcje wstrzymano z braku funduszy. Wtedy polscy reżyserzy zamienili listę lektur na listę bestsellerów. Powstały adaptacje "Nigdy w życiu!"
i jej kontynuacji "Ja wam pokażę!"
oraz "Samotność w sieci"
. Jan Jakub Kolski zaczął się przymierzać do "Wojny polsko-ruskiej pod flagą białą-czerwoną" Doroty Masłowskiej.
Kiedy pojawia się książka Masłowskiej to się na nią rzucamy i nawet jej monolog przerabiamy na film, ponieważ on do wszystkich krzyczy - mówi Andrzej Bart. Według niego, w Polsce literatura i film nie istnieją na pewnym, wyższym poziomie. I trudno tu nie posłużyć się przykładem jego własnej twórczości. Karty powieści Barta zasiedlają postacie przypominające agenta Smitha z "Matriksa" i amanci w bogartowskim typie. Przy kawiarnianym stoliku dyskutuje się o Woody'm Allenie i Kirku Douglasie. W jego książkach Steven Spielberg, próbując odsunąć od siebie reputację specjalisty od niezbyt ambitnego repertuaru, ekranizuje "Człowieka bez właściwości" według Roberta Musila. Ludność Knoxville wystawia pomnik w hołdzie najpopularniejszemu mieszkańcowi, Quentinowi Tarantino. Wchodząc w świat powieści Barta stępujemy do krainy stworzonej z filmowym rozmachem wyobraźni i olbrzymią miłością do kina. Jednak scenarzysta "Rewersu" nie zetknął się wcześniej z propozycją ekranizacji któreś ze swoich powieści. Usprawiedliwiam to tym, że reżyserzy nie sięgają po książki przekraczające ich poziom inteligencji - mówi.
Jeśli koegzystencja literatury i filmu jest marna to znaczy, że reżyserzy słabo czytają - ocenia Wojciech Kuczok. Nie mają czasu albo im się nie chce - dlatego najczęściej artykulik w kronice kryminalnej staje się impulsem do napisania scenariusza. Lenistwo intelektualne i haniebne zblazowanie jest przyczyną tej sytuacji. Jednak nawet Kuczok dostrzega nieśmiały progres wskazując na konkurs gdyńskiego festiwalu, gdzie oprócz "Rewersu", znalazło się "Mniejsze zło" Morgensterna według powieści Janusza Andermana i ekranizacja "Wojny polsko -ruskiej". A progres byłby zupełnie śmiały, gdyby zrealizowano przynajmniej połowę adaptacji, o których mówiło się dwa lata temu. Zakupiono wówczas prawa do m.in. "Domofonu" Zygmunta Miłoszewskiego, "Finimondo" Piotra Siemiona, "Dziennika ciężarowca" Tomasza Kwaśniewskiego i "Przystanku Śmierć" Tomasza Konatkowskiego. Na razie słuch po nich zaginął. Utknął także zapowiadany w zeszłym roku projekt państwa Krauze "Ptaki śpiewają w Kigali" według opowiadania Wojciecha Albińskiego.
A w natarciu czekają już kolejne adaptacje. Xawery Żuławski ma kilka tytułów na oku, ale i tak uważa, że żeby przeczytać wszystkie ciekawe pozycje musiałby wziąć roczny urlop. O ekranizacji myśli także Anna Jadowska, na razie niezdradzająca tytułu powieści, która zwróciła jej uwagę. Akcja jest osadzona w latach sześćdziesiątych minionego wieku. Książka zafascynowała mnie poczuciem humoru i opisem czasów, w których nie żyłam- mówi reżyserka. Na biurku Rafała Buksa
, producenta z Cinegry Films leżą cztery projekty adaptacji polskich książek. Co ciekawe, obok "Cassandry" opartej na opowiadaniu Marka Baranieckiego "Głowa Kasandry" i ekranizacji autobiografii lotnika Jana Zumbacha, znalazły się także "Inkarno" na podstawie noweli filmowej Kazimierza Brandysa oraz współczesna wersji "Znachora" według Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Repertuar filmowców rysuje się zatem wyjątkowo różnorodnie, ale bez obaw: nie wszyscy reżyserzy pragną w najbliższym czasie zawładnąć wizjami pisarzy. Nie szukam inspiracji w literaturze, nie czytam książek, na półce mam tylko encyklopedię i Biblię. I żadnej z nich nie zamierzam ekranizować - mówi Konrad Niewolski.