Czerwony western, czyli Dziki Zachód staje na głowie
13 listopada 2009Kolejnym filmem w cyklu Pojechane w kosmos w telewizji Kino Polska będzie wschodnioniemiecki western "Apacze". Oto kolejny dowód, że w krajach socjalistycznych potrafiono nakręcić film o tematyce bardzo odległej tej części Europy.
Co mógł zrobić polski aktor, który chciał zagrać w westernie? Niewiele. Rodzimej produkcji było jak na lekarstwo. Ot, tu i tam wykorzystano formułę westernu - a to Gustaw Holoubek pogonił szabrowników na Ziemiach Zachodnich w "Prawie i pięści", a to w Bieszczadach Bruno O'Ya dołożył bandytom w "Wilczych Echach", ale prawdziwy Dziki Zachód, kowboje, Indianie? Wytropić Apacza w polskim kinie, to zadanie prawie niemożliwe. Przemknął się jeden przez Warszawę w "I ty zostaniesz Indianinem" i tyle.
Co innego za naszą zachodnią granicą - tam była szansa na stworzenie kreacji aktorskiej bezwzględnego kowboja, albo przynajmniej zapijającego się tequilą Meksykanina. W NRD wytwórnia DEFA, zmobilizowana przez kapitalistów z RFN i ich adaptacje powieści Karola Maya, z przysłowiową niemiecką sprawnością dostarczała publiczności bratnich krajów socjalistycznych "czerwonych westernów", czyli politycznie świadomej odmiany opowieści o Dzikim Zachodzie. Czym się odróżniały od oryginału? Zasada konstrukcyjna była prosta - wystarczyło odwrócić klasyczne westernowe klisze i przedstawić czerwonoskóry lud polujący lasów i prerii jako tych "dobrych", a zdemoralizowanych kowbojów i innych wysłanników krwiożerczego kapitalizmu jako "złych". Dekoracje pozostawały niezmienione.
Takim właśnie filmem są "Apacze" - zrealizowany w 1973 roku western Gottfrieda Kolditza, jednego z najpopularniejszych w tamtym czasie wschodnioniemieckich reżyserów. W głównej roli, w tej klasycznej westernowej opowieści o zemście, reżyser obsadził Gojko Mitića, zabójczo przystojnego Serba, który w enerdowskich westernach etatowo grywał rolę Indiańskich amantów. Do międzynarodowej obsady zaangażowano również dobrze znanego wschodnioniemieckiej publiczności Leona Niemczyka. I tak na rumuńskich i uzbeckich preriach powstał kolejny w katalogu DEFY "czerwony western".
Choć brzmi to wszystko egzotycznie, trzeba przyznać, że twórcom udało się zrealizować solidny film, który w porównaniu choćby z tzw. spaghetti westernem, słynną włoską odmianą gatunku - prezentuje się przyzwoicie. Mamy w nim bowiem wszystko, czego się od westernów oczekuje: szlachetnych czerwonoskórych, brutalnych kowbojów, konne pościgi, strzelaniny, pale męczarni i inne akcesoria, które każdego miłośnika historii z Dzikiego (i zepsutego) Zachodu przyprawią o szybsze bicie serca.
Cykl filmów o dzielnym o Indianinie "Dobra rada" - Winnetou to jest dopiero "kino pojechane w kosmos". W założeniu miał to być western z mnóstwem akcji i komedii a wiele obrazów z serii stało się autoparodią. W wielu filmach z serii Apacz pojawia się nagle. Pamiętam jak bohaterowie rozmawiają o czymś i tu nagle z krzaków wyłania się dzielny Apacz a wraz z nim ta nieśmiertelna melodyjka i jak zaczyna mówić to się dopiero robi wesoło.
Wyraź swoją opinie, to możliwość dodawania osobistych komentarzy do treści publikowanych na stronach serwisu Stopklatka.pl. Mamy nadzieję, że wasze opinie wzbogacą informacje ze świata filmu, przygotowywane przez nasz zespół redakcyjny. Zapraszamy do... wyrażania swoich opinii.