Podejrzewam, że wielu z nas zastanawiało się po "Gran Torino"
, co by się stało, gdyby Walt Kowalski naprawdę się wkurzył, wziął karabin i zaczął robić czystki wśród młodocianych gangów. "Harry Brown"
Daniela Barbera
oferuje taką właśnie możliwość, jednak o ile oba filmy można porównywać na poziomie protagonistów, na tym podobieństwa się kończą.
Pokazywany na Plus Camerimage "Harry Brown" to brutalne, bezkompromisowe kino, którego korzeni szukać należy w brytyjskim kinie społecznym oraz amerykańskim kinie policyjnym lat 70. w stylu "Brudnego Harry'ego" czy "Serpico". Tytułowy bohater to podstarzały żołnierz piechoty morskiej, który dogorywa na zapadłym osiedlu mieszkaniowym, na którym szerzy się bezsensowna przemoc. Harry jest świadkiem absurdalnych ekscesów młodych recydywistów, którym wydaje się, że są ponad prawem. Policja jest bezsilna, całe osiedle trzęsie się ze strachu, a bezkarność wałęsających się bez celu gówniarzy zaczyna przekraczać wszelkie granice. Barber stworzył za pomocą naprawdę prostych środków sugestywny klimat osaczenia. "Harry Brown" to film niezwykle mroczny, operujący brudną czerwienią kadrów i mocnymi filtrami, które nadają ekranowym wydarzeniom jeszcze bardziej ponurego wyglądu. W brytyjskiej produkcji aż roi się od bluzgów, sztubackiej agresji i różnego rodzaju zwyrodnień, od ciężkiej narkomanii, po rynsztokową seksualność. Barber nie ucieka się do subtelności - pokazuje wszystko, czy to bagnet wbijany w ludzkie ciało, czy nagłą napaść kilku podpitych gnojków na przypadkowego obywatela.
Co jednak najważniejsze, pozwala widzowi przeżyć swoiste katharsis, kiedy miarka się przebiera i Harry wkracza do akcji. Wściekłość Browna jest na ekranie tak odczuwalna, że widz łączy się z protagonistą w bólu i wspiera go swoimi myślami. My nie musimy nic robić, jedynie cieszyć się w głębi ducha, gdy główny bohater załatwia za nas szumowiny tego świata. Kontrast pomiędzy żelaznym kręgosłupem moralnym Browna, a bezsensowną agresją młodych gangsterów, jest na tyle mocny, że nie czujemy oporów moralnych przed kibicowaniem staremu żołnierzowi, który ma już tego wszystkiego dość. A poza tym, to przecież kino, które od swego zarania służy za celuloidowego terapeutę i pozwala widzowi uwalniać swoje emocje projektując je na ekranowych bohaterów. Sami nigdy nie zrobimy czegoś takiego jak Brown, ale poprzez obejrzenie filmu Barbera czujemy się tak, jakbyśmy sami przyłożyli rękę do wymierzanej przez niego sprawiedliwości. Tym bardziej, że jest ona niezwykle efektowna w swej brutalności: mocna, dojmująca, rzeczywista, nie ubrana w klamrę bezpiecznego dystansu.
Nie chciałbym jednak wprowadzać czytelnika w błąd - w "Harrym Brownie" trup nie ściele się gęsto, wręcz przeciwnie - ekranowa przemoc, choć jest jej naprawdę sporo, ogranicza się do tego, żeby wyciągnąć na wierzch bezwzględność brytyjskich realiów oraz uwypuklić bestialską śmierć jednostki. Ażeby dobitnie ukazać porażającą bezmyślność, która się szerzy nie tylko w Wielkiej Brytanii. Celem Barbera, oczywiście poza podaniem klasycznego dramatu sensacyjnego, jest mocny przekaz społeczny, swego rodzaju walnięcie widza w głowę celuloidowym obuchem, żeby wyrwać go ze stanu tumiwisizmu. Brown nie jest kolejnym mścicielem, ale zmęczonym tym wszystkim obywatelem, który dzięki swojej przeszłości ma narzędzia, żeby coś z tym zrobić. Nie jest też supermanem, gdzieś w połowie filmu przeżywa zawał. Jest jednym z nas, brytyjskim Waltem Kowalskim, który stwierdził, że sytuacja wymaga mocniejszych środków.
Na stwierdzenie, że to, co robi, przypomina bezsensowne zabijanie w Irlandii Północnej (bowiem Harry uczestniczył w tłumieniu tamtejszych krwawych rozruchów i walk), Harry odpowiada, iż to nie jest to samo, bo tamci ludzie walczyli o jakąś ideę, a dla tych głupich gnojków jest to po prostu zabawa. "Harry Brown" jedynie prześlizguje się po bolesnej tematyce społecznej, która w Wielkiej Brytanii jest nie tyle aktualna, co przeszła do porządku dziennego. Nie poddaje jej analizie, nie szuka przyczyn, a jedynie oferuje efektowną wersję walki z wyraźnie widocznymi skutkami. I pomimo swej "filmowości", umowności w kreowaniu rzeczywistości, dzięki postawieniu swojego protagonisty naprzeciwko bezkarnym gówniarzom, dzięki wymierzeniu im mocnej nauczki, możliwe, że osiąga więcej niż niejeden zaangażowany społecznie obraz. Film Daniela Barbera daje kopa w tyłek i każe zastanowić się, na jakim świecie żyjemy, a przy okazji stanowi rodzaj filmowej rozrywki, który coraz rzadziej zagląda na ekrany kin. "Gran Torino" to nie jest, ale ci, którzy wybiorą się na brytyjski dramat sensacyjny, z pewnością nie wyjdą z seansu zawiedzeni. Byleby tylko nie brali się za własnoręczne wymierzanie sprawiedliwości - film to film, a życie to coś zupełnie innego.