Zdążyliśmy już trochę ochłonąć po wtorkowych nominacjach do Oscara. Teraz, chłodnym okiem możemy spokojnie przyjrzeć się nominowanym filmom. Oto kilka jak najbardziej subiektywnych spostrzeżeń i obserwacji dotyczących niedawno ogłoszonych oscarowych nominacji.
10 Najlepszych Filmów - dobra decyzja, czy błąd?
Kilka miesięcy temu, gdy pisaliśmy o kontrowersyjnej decyzji Akademii, by rozszerzyć grono nominowanych w kategorii Najlepszy Film do dziesięciu tytułów wiedzieliśmy, że tak naprawdę posunięcie Akademii będziemy mogli ocenić dopiero po ogłoszeniu oscarowych nominacji.
Zwiększenie liczby nominowanych, zgodnie z przewidywaniami ma swoje zarówno dobre, jak i złe strony. Trzeba przyznać, że niewątpliwie obniżył się prestiż głównej oscarowej kategorii. Z dużym prawdopodobieństwem możemy określić piątkę, która byłaby nominowana, gdyby reguły Akademii pozostały bez zmian. Najprawdopodobniej odzwierciedliłaby ona nominacje dla reżyserów, czyli "Avatar", "Bękarty wojny", "The Hurt Locker", "Precious: Based on the Novel Push by Sapphire" oraz "W chmurach". Moim zdaniem, bardzo dobra piątka. Powiedzmy sobie szczerze, jaki to prestiż dla każdego z tych filmów bycie nominowanym obok "The Blind Side"?
Z drugiej strony jednak, dzięki rozszerzeniu kategorii nominowanym mógł być "Dystrykt 9" - znakomity film science-fiction, który normalnie o nominację pewnie nawet by się nie otarł. W dziesiątce nominowanych znalazło się również miejsce dla drugiego w historii filmu animowanego - "Odlot". Wspiera to argument, że decyzja Akademii otworzy swoje drzwi dla innych, niedocenianych wcześniej zbyt często gatunków.
Na pewno samo sformułowanie "nominowany w kategorii Najlepszy Film" dodaje filmowi sporo prestiżu, ale nie oszukujmy się - bez trudu możemy wskazać, które filmy to te pięć dodatkowych, a które naprawdę się liczą. Nikt chyba nie wierzy w oscarowe szanse "Była sobie dziewczyna", "Dystryktu 9" czy nominowanych tylko w 1 kategorii poza główną "A Serious Man" oraz "The Blind Side".
Osobiście, miałem jednak nadzieję, że Akademia otworzy się bardziej na kino artystyczne i odrobinę bardziej wymagające. Z chęcią w dziesiątce nominowanych zobaczyłbym choćby "Białą wstążkę", bo o nominacjach dla dobrze przyjętych w Stanach "Służącej" Sebastiana Silvy "35 shots of Rhum" Claire Denis, czy "Letnich godzin" Oliviera Assayasa marzyć nie śmiałem.
Obecna formuła dziesięciu nominacji nie okazała się w sumie jednak aż na tyle rewolucyjna. Śmiem wątpić, czy będzie w stanie znacząco wpłynąć również na liczbę widzów oglądających tegoroczną galę. Najwięcej widzów przyciągnie zapewne bowiem "Avatar", który nominację miałby niezależnie od liczby nominowanych w tej kategorii filmów. Rozwiązaniem mogłoby być ujawnienie podczas gali wyników głosowania i prezentowanie filmów w kolejności, od tego, który zdobył najmniej głosów, do tego, który otrzyma tytuł Najlepszego Filmu. Sprawiło by to, że gala stałaby się ciekawsza, a widzowie mieliby rzeczywisty obraz tego, jakie były filmy były rzeczywiście zdaniem Akademii najlepsze.
Sprawa Sandry Bullock i "The Blind Side"
Najwięcej kontrowersji w amerykańskich mediach wzbudziła niewątpliwie nominacja w najważniejszej kategorii dla filmu "The Blind Side". Wielu znawców uważa, że pokazuje to, że wśród członków Akademii popularnością cieszy się nie tylko kreacja Sandry Bullock, ale i sam film. Automatycznie podnosi to jej i tak spore szanse na zdobycie Oscara w kategorii Najlepsza Aktorka. Zacznijmy się powoli więc oswajać z tą myślą - Sandra Bullock zostanie zdobywczynią Oscara.
I zanim spadnie na mnie grom krytyki ze strony fanów pani Bullock chciałbym tylko powiedzieć, że absolutnie nie dyskutuję z jej nominacją. Sandra Bullock nie jest złą aktorką - podejmowała raczej złe decyzje odnośnie filmów, w których grała. Prawdę mówiąc, widziałem też gorsze role nominowane w tej kategorii na przestrzeni lat. Bullock w "The Blind Side" jest naprawdę dobra. To właśnie jej charyzma sprawia, że film ten daje się w ogóle oglądać. Rola jest niezła. Jak najbardziej zgadzam się z nominacją. Oscar jednak byłby sporą przesadą.
Jeśli chodzi natomiast o "The Blind Side" jako film, to nominacja jest zdecydowanie grubo na wyrost. Nie oszukujmy się, "The Blind Side" to obraz bez jakichkolwiek znamion geniuszu, czy wielkości. Schematyczny, przesadnie sentymentalny film, który - owszem - poprawia nam nastrój, ale bardzo szybko ulatuje z pamięci.
Największe tegoroczne niespodzianki
Tegoroczne nominacje nie przyniosły żadnych większych niespodzianek. Jedyne naprawdę spore zaskoczenia to nominacja dla wspomnianego wcześniej "The Blind Side" oraz wyróżnienie w kategorii Najlepsza Aktorka Drugoplanowa dla Maggie Gyllenhaal ("Crazy Heart"). Nominacja ta była o tyle niespodziewana, że aktorka nie otrzymała wcześniej ani jednej nominacji do którejkolwiek z liczących się nagród. Co więcej, na początku sezonu kreacja Gyllenhaal promowana była jako rola pierwszoplanowa. Gdy producenci zauważyli, że konkurencja w tej kategorii jest jednak zbyt zacięta, postanowili rozpocząć promocję w kategorii drugoplanowej. Jak widać, opłaciło się.
Ostatnią aktorką drugoplanową, która pojawiła się w tej kategorii bez żadnych wcześniejszych wyróżnień była Marcia Gay Harden ("Pollock"), a nominacja ta zakończyła się Oscarem. Mo'Nique jest chyba jednak zbyt silną faworytką, by Maggie Gyllenhaal była w stanie pójść w ślady swojej poprzedniczki z 2001 roku.
Niesłusznie pominięci
Podobnie, jak nie było w tym roku wielkich niespodzianek, nie było też szczególnie bolesnych pominięć. Nie powtórzyły się historie sprzed lat, gdzie szeroko komentowany był brak nominacji choćby dla Sally Hawkins ("Happy-Go-Lucky"), Clinta Eastwooda ("Gran Torino"), Angeliny Jolie ("Cena odwagi"), Jacka Nicholsona ("Infiltracja"), filmu "Wszystko za życie" , czy "Mrocznego rycerza".
Największym pominiętym w kategorii Najlepszy Film wydaje się być "Invictus" Clinta Eastwooda. Nie jest to szczególnie udany obraz, ale wydawało się, że film Clinta Eastwooda opowiadający o Nelsonie Mandeli z Morganem Freemanem i Mattem Damonem w rolach głównych był niemalże pewnym kandydatem do dziesiątki nominowanych. Po zeszłorocznym braku nominacji dla "Gran Torino" i niewielkiej liczbie nominacji dla "Oszukana", okazuje się, że Akademia nie jest aż tak bezkrytyczna wobec Clinta Eastwooda, jak się nam wszystkim wydawało.
Nominacje w pierwszoplanowych kategoriach aktorskich wydają się być przydzielone w tym roku nadzwyczaj sprawiedliwie. Inaczej wygląda sprawa w kategoriach drugoplanowych. Tu wyraźnie brakuje nominacji dla Alfreda Moliny ("Była sobie dziewczyna"), Christiana McKay'a ("Me and Orson Welles"), czy choćby Anthony'ego Mackie ("The Hurt Locker"), jeśli chodzi o role męskie. Wśród pań z chęcią zobaczyłbym nominację dla Julianne Moore ("A Single Man") oraz którejś, a najlepiej obu gwiazd "Bękartów wojny" - Melanie Laurent oraz Diane Kruger.
Jak zwykle, sporo kontrowersji budzą wybory w kategoriach muzycznych. Boli brak nominacji dla docenianych wcześniej Marvina Hamlischa za muzykę do filmu "Informator" oraz naszego rodaka, Abla Korzeniowskiego za znakomite kompozycje do filmu "A Single Man".
Utwory nominowane w kategorii Najlepsza Piosenka po raz kolejny udowadniają, że kategoria ta praktycznie zupełnie nie ma znaczenia. Jak zwykle wygląda to dość przypadkowo, a pominięte zostały naprawdę dobre utwory U2 (z filmu "Bracia"), Sinead O'Connor ("The Young Victoria"), czy pochodzące z mojej ulubionej ścieżki dźwiękowej minionego roku - "Gdzie mieszkają dzikie stwory?" piosenki Karen O.
Pominięta została także skomponowana na wzór i podobieństwo "My heart will go on" ballada "I See You" z "Avatara", co w gruncie rzeczy dowodzi, że z gustem muzycznym Akademii nie jest aż tak źle.
Co oni tam robią?
Było trochę o tych, którzy nie znaleźli się w gronie nominowanych, teraz czas na tych, którzy brak nie sprawiłby (przynajmniej mi) żadnej przykrości. Nie będę pastwił się już więcej nad "The Blind Side", są bowiem inne, nie do końca zrozumiałe dla mnie nominacje.
Zacznijmy może od Matta Damona, który naprawdę kilka razy pokazał aktorską klasę. Był naprawdę znakomity w skądinąd rozczarowującym "Informatorze". Ale "Invictus"? Konia z rzędem dla tego, kto pomoże mi zrozumieć fenomen oscarowej (i każdej innej) nominacji za tę rolę.
Podobnie Stanley Tucci. Gdyby otrzymał nominację za kreację w "Julie i Julii" nie powiedziałbym ani słowa. Wprost przeciwnie, uznałbym ją za jak najbardziej zasłużoną. Jego rola w "Nostalgii anioła" była jednak moim zdaniem jednym z najsłabszych elementów filmu. Wiele razy, bardziej zakrawała o karykaturę, niż o pełnokrwistą postać. To smutne, zważywszy na to, że były w tym roku drugoplanowe kreacje aktorskie, które bardziej zasługiwały na nominację (choćby te wspomniane wyżej).
Z całą sympatią dla Penelope Cruz, widziałem w zeszłym roku co najmniej kilka lepszych kobiecych ról drugoplanowych (choćby wspomniane wcześniej Laurent, Moore, Kruger). Nawet w filmie "Nine - Dziewięć" bardziej niż Cruz na nominację zasługiwała moim zdaniem Marion Cotillard. Na przeszkodzie ku nominacji stanęła chyba niefortunna decyzja o forsowaniu jej kandydatury w kategorii pierwszoplanowej.
Tak naprawdę nie wydarzyło się nic, co by mnie szczególnie ucieszyło, zaskoczyło lub zirytowało. Nuda, nuda, nuda. Oby sama ceremonia dostarczyła nam odrobinę więcej emocji.
7 marca wszystko się wyjaśni. ZAPRASZAMY NA SPECJALNĄ STRONĘ OSCARÓW W STOPKLATCE.