Doczekaliśmy się. Dziennikarze widzieli teraz, pozostali widzowie będą mogli oglądać już od piątku. "Kołysanka"
Juliusza Machulskiego
to z całą pewnością poprawa komediowej kondycji jej reżysera. Machulski czuje komedię, pokazuje reżyserską wprawę, bawi się kinem. Tymczasem całej historii brakuje, no właśnie, samej w sobie porywającej opowieści. Jest jednak klimat gatunku i wrażenie nienajgorszej zabawy.
Pierwsze komunikaty związane z nadchodzącą premierą najnowszego filmu w reżyserii Juliusza Machulskiego pod tytułem "Kołysanka" niestety naraziły go na niechybne porównania z amerykańską, komiczno-ponurą, "Rodziną Adamsów". I dziś, czy się tego chce czy nie, hollywoodzka superprodukcja staje się punktem odniesienia dla odbiorcy filmu polskiego. "Kołysanka" jest taką naszą rodziną Adamsów i chyba nie ma co udawać, że jest inaczej. Co prawda obie familie różnią się od siebie w szczegółach, ale pewne "pokrewieństwo" dalej pozostaje. Ród Makarewiczów, choć też o bladym obliczu, to przede wszystkim klasyczni nieumarli, którzy żeby żyć, muszą żywić się ludzką krwią. Od wizerunku znanego z licznych legend i opowieści różnią się jednak tym, że nie przeszkadza im aż tak światło słoneczne, zostawiają swoje cienie, a i kły niczym się nie wróżniają od tych ludzkich. Wydaje się też, że jedyny problem, z jakim rodzina się boryka to sprawy lokalowe i rzecz jasna konsumpcyjne.
Juliusz Machulski znów poczuł komedię, choć to nadal nie jest film na miarę oczekiwań z nim związanych. "Kołysanka" ma swój mroczno-bajkowy nastrój, łączy elegancki styl ze swojskim, wiejskim klimatem. W efekcie jest to rzecz wysmakowana, precyzyjnie zrealizowana, z wyczuciem oraz trafnie zagrana, ale fabularnie niestety pozostająca przedsięwzięciem skromnym, a nawet niedokończonym...
Historia zaczyna się intrygująco. W jednej z warmińskich wsi pojawiają się nagle tajemniczy osobnicy. Już następnego dnia jeden z domów ma nowych domowników, a jego pierwotny gospodarz gdzieś przepada. Potem znikają kolejni, między innymi listonosz, pani z pomocy społecznej, bogaty Niemiec i jego seksowna tłumaczka, telewizyjna dziennikarka i jej operator, wreszcie sam ksiądz proboszcz wraz ze swoim ministrantem. Sprawą, choć niechętnie, musi zająć się miejscowy komisariat policji, czyli Komendant i jego dwoje policjantów, Nowak i Lisowska.
Dalsze streszczanie fabuły nie ma sensu o tyle, że kolejnych wątków, zapętleń i specjalnych fabularnych niespodzianek scenariusz ten ewidentnie nie przewidział. Stąd jest to też kluczowy zarzut wobec filmu Machulskiego. "Oszczędność" opowieści wyraźnie ją zubaża, wywołując uczucie sporego niedosytu. Rzecz o takim potencjalne, nakręcona bardzo wprawnie, nie rozwija się na ekranie w sposób dla widza zaskakujący, a wręcz ma się wrażenie kręcenia w miejscu. Reżyser zmuszony jest operować nastrojem, kolejnym gagiem, zgrabnym słownym dowcipem, nie ma już z kolei wpływu na jakiś wyraźny rozwój akcji. Żadne trzęsienie ziemi nie następuje, z kolei finał wygląda tak, jakby skończyły się pomysły na tę dobrze rozpoczętą i zapowiadającą się historię. Jeśli się uprzeć i porównać to z "Rodziną Adamsów", to tam jej członkowie mieli jednak bardziej pod górką niż ich słowiańscy pobratymcy. Był mimo wszystko, choć w umownym kostiumie, jednak suspens, jakieś napięcie, każdemu z bohaterów towarzyszyła jego historia. Czuć było emocje, coś się działo, a na końcu ciśnienie jedynie rosło. W polskim obrazie tego nie ma, ale nie było też tak dużo mąki, żeby z niej "aż" tyle ulepić.
Zakładając, że piętą achillesową "Kołysanki" jest li tylko scenariusz, warto jej oddać jednak pewną lekkość i mimo wszystko komediową twarz. Naszej wampirzej rodziny nie da się nie lubić. Szczególnie dziadka, w którego brawurowo wcielił się Janusz Chabior. Senior rodu to weteran, który wyraźnie ma coś przeciwko... Niemcom. Sam żyje "trochę" na tym świecie więc nie jest już tak skory do kompromisów i mistyfikacji jak jego kontrolujący wszystko syn Michał. Grający go Robert Więckiewicz będzie mógł teraz dopisać do swoich ekranowych osiągnięć jeszcze postać wampira, którego trudno się bać, choć wzbudza słuszny respekt. Jest też żona naszego Księcia Ciemności, Bożena. Tu z kolei idealne wyczucie konwencji prezentuje Małgorzata Buczkowska. I wreszcie dzieci swych oryginalnych rodziców. W polskim kinie sytuacja to rzadka, żeby ktoś mając lat kilka był tak swobodny, naturalny i jeszcze naprawdę umiał grać. Prawda jest też taka, że na uwagę zasługują wszyscy wykonawcy, którzy się w tym filmie pojawili. Nikt nie robi niczego na siłę, nie próbuje być za wszelką cenę śmieszny. Widać, że Machulski umie utrzymać i wesprzeć aktorów na planie. Czuć między nimi komunikację, czego rezultatem jest naprawdę dobre aktorstwo w kinie, jakby nie było gatunkowym.
Trudno też nie wspomnieć o wizualnej oprawie tego projektu. Arkadiusz Tomiak, który już nie raz udowodnił, że zdjęcia robić umie, tak naprawdę nam ten film maluje. Jest to piękna, w duchu konwencji, filmowa fotografia. Czuć dekoracyjną bajkę, ale też echo dużego, trzeba to powiedzieć, hollywoodzkiego kina. Temu wszystkiemu towarzyszy raz rytmiczna z folkowym zacięciem, to znów stricte ilustracyjna, symfoniczna kompozycja autorstwa samego Michała Lorenca. Film w tym względzie prezentuje się nad wyraz wybornie i gustownie.
Właśnie to. Mógł to być jeden z lepszych filmów rozrywkowych w tym roku podpisany przez polską ekipę. Z całą pewnością nie brakuje mu inteligentnego przekazu. Ta historia ma mimo wszystko swój poziom. Nie można też powiedzieć, że na "Kołysance" nie udaje się dobrze bawić. Bez większego problemu, ponieważ żart w niej jest obecny i odczuwalny. Trzeba to także wyraźnie podkreślić, że nie jest to horror, nawet komediowy. Tu nie mamy się bać, tylko śmiać i powodów ku temu na szczęście nie brak. W sumie, choć za wiele się nie dzieje, czas upływa miło i przyjemnie. Poza tym ta cała groteska, gatunek do tej pory specjalnie u nas nie uprawiany, wypada nad wyraz wiarygodnie. Polskie wampiry wcale nie prezentują się kiczowato, a wręcz naturalnie. Tymczasem widz ma duże szanse w to wejść, dać się uwieść i czerpać z tego pewną przyjemność. I może o to w tym wszystkim właśnie chodzi...