Rozmawiał(a): Łukasz Figielski, 15 marca 2004
"Dróżnik" to nie jest film o byciu karłem. Peter Dinklage specjalnie dla Stopklatki
 Peter Dinklage |
W najbliższy piątek do kin w Polsce wchodzi "Dróżnik" 
,
historia trójki samotnych ludzi, żyjących z dala od zgiełku wielkiego miasta, wielkich ludzkich spraw. To niezwykła, ciepła, zabawna i piękna opowieść o przyjaźni. Cała historia rozgrywa się wokół postaci Finbara McBride'a, karła który dziedziczy małą stację kolejową. W roli tytułowej, w tej kosztującej pół miliona produkcji, wystąpił Peter Dinklage
i jest to jedna z najlepszych kreacji aktorskich ostatnich lat. Oto nasza rozmowa z tym twórcą.
Peter Dinklage urodził się i wychował w New Jersey. Ukończył Bennington College w Vermont, gdzie studiował aktorstwo. Ukończył również Królewską Akademię Sztuk Dramatycznych (Royal Academy of Dramatic Arts) w Londynie i Walijską Szkołę Muzyczną i Aktorską (Welsh School of Music and Drama) w Cardiff, w Wielkiej Brytanii. Dał się zauważyć w takich filmach jak: "Filmowy zawrót głowy", "Wojna plemników", "Zaczyna się od pocałunku", "Elf". Za rolę w "Dróżniku" otrzymał liczne wyróżnienia.
Łukasz Figielski: Pracuje Pan w branży od ładnych paru lat, wypłynął jednak dopiero teraz...
Peter Dinklage: Grałem w wielu niezależnych filmach i występowałem w produkcjach off-Brodway'owych. Ale rzeczywiście, wszyscy dowiedzieli się o mnie po "Dróżniku".
Wystąpił Pan też w kilku filmach hollywoodzkich, jednak nigdy w roli pierwszoplanowej. Tymczasem pańską pierwszą dużą kreację wyróżniono od razu wieloma nagrodami, podobnie zresztą jak i sam film. Jak zdobył Pan rolę w "Dróżniku"?
Tom McCarthy napisał scenariusz dawno temu, od razu przeznaczając mnie do roli Fina. Zbieranie funduszy na realizację filmu zajęło mu kilka lat. W tym czasie nanosił liczne poprawki. Spotykaliśmy się kilka razy do roku i omawialiśmy zmiany. Zżyliśmy się więc z naszymi postaciami, co na pewno było pomocne na planie. Tym bardziej, że pieniędzy nie było dużo, mieliśmy tylko parę dni zdjęciowych i musieliśmy się spieszyć.
Mało czasu i pieniędzy, tzn...
Pół miliona dolarów, 20 dni. To praktycznie nic jak na długometrażowy film kręcony na 35 mm.
Zdjęcia 20 dni, ale pisanie scenariusza 3 lata?
Tak właśnie było. Dodatkowo, ponieważ reżyser był na szczęście także scenarzystą, pewne rzeczy zmienialiśmy jeszcze podczas samych zdjęć. Lubię pracę w takich warunkach. Zazwyczaj na planie się stoi nic nie robiąc, czego naprawdę nie cierpię.
Rozumiem, że nieprzyjemne było również samo czekanie na rozpoczęcie zdjęć. I to przez kilka lat?
To był prawdziwy sprawdzian dla naszych cierpliwości! Chwilami myśleliśmy, że już nigdy nie nakręcimy tego filmu. Należy zaznaczyć, że Tomowi oferowano pieniądze już wcześniej, ale odmówił przyjęcia, gdyż wiązało się ono z ograniczeniem wolności twórczej.
Czytałem w jednym z wywiadów, że w pierwotnej wersji scenariusza Fin był "nieco inną" postacią. O co chodzi?
W naszych bohaterach najpiękniejszy jest fakt, że praktycznie nie mają za sobą historii. Widz poznaje Fina po prostu w pewnym momencie życia tej postaci i tyle. Więcej nie potrzeba. Jednak początkowo Tom chciał, by Fin nosił w sobie "element niebezpieczeństwa" i był eks-więźniem.
Czym Fin sobie na to zasłużył?
Tego nigdy nie wymyśliliśmy. Chyba kogoś pobił. Zresztą i tak doszliśmy do wniosku, że to niepotrzebne.
Do swojej postaci wplótł Pan za to własne doświadczenia?
Jasne. Nic bardzo osobistego, ale takie codzienne rzeczy. Rzeczy, które napotykają karła idącego ulicą. Reakcje dzieci itp. Tom chciał odzwierciedlić te sprawy najbardziej realistycznie, jak to tylko możliwe. Właściwie nie musiałem nic wplatać, gdyż Tom jako mój przyjaciel wszystko widział. Starał się jednak nie robić z "Dróżnika" filmu o "byciu karłem".
Jak się Panowie poznali?
Wystąpiłem w przedstawieniu napisanym i wyreżyserowanym przez Toma w mieście, daleko za Broadway'em. Szybko znaleźliśmy wspólny język. Okazało się, że mamy podobne spojrzenie na sztukę. Po paru latach pokazał mi scenariusz "Dróżnika". Był fantastyczny. Moi ulubieni reżyserzy jak Mike Leigh czy John Cassavetes często kręcili filmy z tymi samymi aktorami. Mam nadzieję, że i my z Tomem będziemy kontynuować współpracę.
Mike Leigh? Jacyś inni reżyserzy ze Starego Kontynentu?
Mistrzem jest oczywiście Fellini
. A z żyjących skłaniam się raczej ku młodym niezależnym reżyserom amerykańskim jak Sofia Coppola czy David Gordon Green, który nakręcił "All the Real Girls".
A co z Gregiem Pritikinem, twórcą "Surviving Eden". Czy ten film jest już skończony?
W fazie montażu. To będzie komedia. Mam nadzieję, że zabawna. Jeszcze jej nie widziałem.
Kiedy kolejna "poważna" rola?
Nie chcę mówić o rzeczach, które nie są do końca pewne, ale jestem w trakcie rozmaitych rozmów.
Skoro nie o przyszłości, pomówmy o przeszłości. Kiedy Pan odkrył aktorskie powołanie?
Chyba od zawsze wiedziałem, co chcę robić. Występy w szkolnych przedstawieniach etc. W liceum zakochałem się w Szekspirze. Gdy miałem 21 lat, przeniosłem się do Nowego Jorku i wystąpiłem w niezależnym filmie "Filmowy zawrót głowy".
Dużo mówi Pan o "niezależności". Jak ją Pan rozumie?
Rzeczywiście, tego wyrazu używa się za często (śmiech). Chodzi o brak pieniędzy i studia w zamian za wolność artystyczną.
Tylko o fundusze?
Niezupełnie. Po prostu przy dużych produkcjach problemy rozwiązuje się za pomocą pieniędzy, a przy pozycjach niezależnych - kreatywności. Przykładowo, przy "Dróżniku" w ostatniej chwili "straciliśmy" jedną z lokalizacji.
Właśnie, gdzie znaleźli Panowie taką stację?
Tom dorastał w pobliżu New Jersey. Pewnego dnia przejeżdżał tamtędy i zobaczył stację. Widok stał się inspiracją do całego filmu. W rzeczywistości wygląda ona dużo ładniej, ale nasz kierownik produkcji mocno ją postarzył. A także znalazł ten wagon. W pociągach jest coś "kinowego"...
Pan też należy do entuzjastów kolei?
Ale nie do fanatyków. Pociągów używam tylko do podróży na krótkich dystansach. Przed zdjęciami odbyłem jednak trzydniową podróż koleją z Los Angeles do Nowego Jorku. Bardzo relaksująca sprawa.
Specjalnie na potrzeby filmu?
Tak, aby "poczuć" kolej.
I słowo na zakończenie...
Rozmawiamy cały czas o mnie i o Tomie. Przy filmie niezależnym powinno się zwracać większą uwagę na resztę ekipy. Wszyscy pracowali praktycznie za darmo i to długimi godzinami. Należy pamiętać, że tę magię stworzyli z niczego.
Dziękuje za rozmowę